Czemu nienawidzę spowiedzi

Spowiedź

Przede mną – kolejka. Idzie szybko, ponieważ stoją w niej głównie dzieci. Przekazują sobie modlitewnik – pewnie jeszcze nie pamiętają do końca wszystkich „formułek”. Za mną kolejni penitenci – o tych wiem, że niedługo będą do mnie pałać co najmniej niechęcią.

***

Rachunek sumienia jak zwykle wykonuję „w pośpiechu”. Mam swój sprawdzony, znaleziony na stronie Dominikanów. Krótki i treściwy. Mój „pośpiech” podyktowany jest tym, że w głowie od dawna wiem, z czym idę. Refleksja nad wspomnianym rachunkiem to tylko dodatek do niezłego bagażu, który udało mi się nagromadzić przez ostatni miesiąc.

Jestem jak zranione zwierzę. Nie potrafiąc się pogodzić z 8 letnim już okresem próby. Tak właśnie widzę ten czas. Nowotwór, depresja, wychodzenie z depresji, podejrzenie nowotworu. Ciąg zdarzeń, w wyniku którego zamiast wzrastać w wierze od pewnego momentu wzrastam w rozgoryczeniu, w żalu, chwilami w nienawiści i w chęci zemsty. Jestem jak zwierzę, które oślepione bólem taranuje wszystko, co napotyka na swojej drodze. Wszystko – i wszystkich. Tylko Ci, którzy mają siłę przebić się przez mój mur złości są w stanie dojrzeć, co jeszcze jest pod tak nieprzyjazną powierzchnią.

***

Zasypiam o 3 w nocy. Serialowy Star Trek na Netflixie uwodzi niejednoznacznością charakterów. Ja też jestem niejednoznaczna – mam wrażenie, jakbym nie potrafiła utrzymać się na powierzchni. Moje chodzenie po wodzie często kończy się kolejnym tonięciem, z którego ratuje mnie zazwyczaj mniejszy bądź większy cud. Regularnie wracam i odchodzę, nie mogąc na stałe zagrzać miejsca w kościelnych ławach, a tak naprawdę – w Chrystusowym sercu. Wchodzę i wychodzę, ciesząc się, że te drzwi akurat są zawsze otwarte…

Budzik nastawiam na 9:30. Chcę iść spać. Jestem zmęczona życiem, zmęczona sprawdzaniem prac, zmęczona tym, że od dawna nie miałam możliwości odpocząć, a jeden wieczór z serialami nie zastąpi mi dobrego, zdrowego odpoczynku w trybie offline. Jednak – jakimś cudem –  po 10 minutach wstaję. Cel: Msza na 10:30. SPOWIEDŹ.

Idę, półprzytomna. Mroźne powietrze trochę mnie rozbudza. Schodzę do „szeolu” – jak żartobliwie nazywam dolny kościół. I staję w kolejce, której ogonek zapewne będzie do mnie pałał mniejszą lub większą niechęcią. Czemu? Ponieważ moje spowiedzi trwają. I nie dlatego, że lubię sobie pogadać tylko dlatego, że sytuacja jest delikatna i skomplikowana.

***

Pamiętam, jak kiedyś czekałam na spowiedź prawie całą Mszę. Jedna dziewczyna „zajęła” konfesjonał na ponad pół godziny. Wtedy oburzałam się w myślach – co tak długo? Wtedy jednak byłam idealnym katolikiem, który regularnie chodził do spowiedzi, na Mszę, przyjmował Komunię i pouczał innych, jak należy żyć. Dziś nie jestem już ideałem. Dziś się zmagam. Dziś rozumiem jak to jest – przyjść jakimś cudem, by zaczerpnąć ze zdroju miłosierdzia. Przyjść w strachu, bojąc się, co pomyśli ksiądz. Co Bóg pomyśli. Nie przyjmując do siebie tego, że On kocha i czeka, tylko oceniając siebie przez pryzmat własnych rozlicznych upadków. Przyjść przypadkiem, odkładając spowiedź przez długi czas. Wreszcie się przełamać. Wyrwać z własnej głowy, ze świata własnego bólu i akurat w tę niedzielę, gdy inni drepczą w kolejce i rzucają niecierpliwe spojrzenia, pójść na spotkanie z Bogiem.

Nie wszyscy fuczą i drepczą. Nie wszyscy się skarżą. Są i tacy, którzy rozumieją. Których czekanie nie rusza ani trochę. Może co najwyżej – budzi współczucie i radość, że ktoś jednak doczłapał.

Ten świat znika, gdy zamykają się drzwi konfesjonału, a kapłan od razu mnie rozpoznaje. Na chwilę tracę głos, wzruszona. Bóg czekał. I ksiądz też czekał. Ze wszystkim, co najlepsze dla duszy.

***

Nie sądzę, bym zapałała nagle miłością do spowiedzi. Jestem tym przypadkiem, który nie lubi popełniać błędów, który długo nie potrafi się czasem zebrać w sobie by uregulować sprawy duchowe – by przyjść po uzdrowienie. A bo nie mam siły, a bo nie mam czasu, a bo się boję – powodów jest wiele, a każdy wydaje się być nie do pokonania. Zauważam jednak ostatnio, że będąc na granicy, żyjąc w bezsilności i rozpaczy, wystarczy wyciągnąć rękę w stronę Boga choć o milimetr, a On już za tę rękę nas złapie. Dlatego mimo lęku i zmęczenia jakimś cudem dotarłam do konfesjonału.

Jaki był mój stan ducha? Obojętny. Dopóki nie padły słowa powitania. Coś drgnęło we mnie na tyle, że nagle pojawił się żal za grzechy – ten odczuwany, nie tylko ten intelektualny, który każe żałować za coś, na co już człowiek emocjonalnie zobojętniał.

Nie było tym razem łez, choć wciąż się zastanawiam, jak to się stało, że dotarłam do konfesjonału. I wspominam, co tam się stało. A tam – spotkałam Jezusa.

***

Ostatnio w sprawach wiary w mojej głowie dominował sceptycyzm i brak emocji. Wiele rzeczy miało swoje psychologiczne wytłumaczenie (wciąż ma 😉 ). Poszłam mając poczucie, że z punktu widzenia wiary robię coś słusznego. Owszem, wierzę że w konfesjonale odbywa się spotkanie Boga z człowiekiem – jednak wiedza a życie tą wiedzą to są dwie różne sprawy. Nie spodziewałam się niczego. A zostałam zaskoczona OBECNOŚCIĄ.

Nie było spoczynku w Duchu świętym czy innych duchowych fajerwerków. Było SPOTKANIE. Dwóch osób, które żyją obok siebie, a które akurat wtedy spotkały się ze sobą. Tak osobiste i wzruszające, że nie mogłam go zatrzymać dla siebie. Tak niespodziewane i poruszające. Chyba po raz pierwszy w życiu doświadczyłam, że za kapłanem stoi KTOŚ o wiele silniejszy i potężniejszy. Myślę sobie, że przez chwilę dotknęłam tajemnicy spowiedzi.

***

Czy to oznacza, że wracam już na stałe? Nie wiem. Nie wierzę w swoje siły. Czy polubię spowiedź? Nie sądzę, by taki cud nastąpił w najbliższym czasie. Jestem jednak na tyle zaskoczona i zaintrygowana tym SPOTKANIEM, że chcę spróbować w swojej codzienności być choć krok bliżej Boga.

Nie wiem, czy się uda. Nie umiem Mu zaufać, nie potrafię się pogodzić z tym, że ma dla mnie plan, w którym jest tyle mojego wewnętrznego cierpienia. Myślę jednak, że to doświadczenie sprawiło, że jestem bardziej skłonna nastawić uszu mimo moich lęków. Zacząć może rozmawiać z Nim w codzienności, zamiast żyć obok udając, że Go nie ma.