Szpitalne rekolekcje cz. 2

Szpitalne rekolekcje, cz. 2

Cztery dni, przez które Bóg może działać i zmienić coś we mnie – o ile ja na to pozwolę…

W pierwszej części wpisu opisałam dwa pierwsze dni moich „rekolekcji”. Dzień pierwszy, jeszcze w domu. Dzień drugi – już na miejscu. Dziś czas na refleksje z dwóch pozostałych dni.

Dzień 3 – Wtorek – Oczekiwanie

Od północy bez jedzenia i bez picia. Poranne mycie zębów przebiega ostrożnie. Lęk przed przypadkowym zachłyśnięciem się sprawia, że szczotkuję zęby zupełnie inaczej. Prysznic też trwa nieco dłużej. Jestem zamyślona. Zastanawiam się – ile będę czekać? O której mnie wezmą? Ile razy drzwi otworzą się, a ja będę miała nadzieję, że to po mnie – a jednak to będzie tylko fałszywy alarm?

Mam wrażenie, że relatywnie łatwo czeka się na rzeczy przyjemne. Odlicza się dni. Antycypuje – myśli o tym, jak będzie wyglądało radosne wydarzenie. Samo oczekiwanie daje już radość. Podobnie jednak jest w przypadku smutnych wydarzeń. Wydarzeń trudnych. Człowiek chce być gotowy, ale nie wie, co go czeka. Narasta smutek, niepokój, obawy. Czasem łatwiej jest, gdy cios spada nagle. Ewolucja zostawiła nam w spadku mechanizm – najpierw działanie, potem myślenie. Czasem tak jest łatwiej. Gorzej, gdy wiemy, mniej więcej kiedy co się wydarzy. A przynajmniej – kiedy zacznie się horyzont nowych zdarzeń.

Czekanie na szpital. Na zabieg. Na wyniki badań. Czekanie we wtorek 16 godzin, by móc wreszcie coś zjeść. A to i tak krótko. I tak szczęście, że nie operacja, tylko zabieg. Na który szczęśliwie docieram jako jedna z pierwszych osób na liście… Nie muszę zatem czekać do 18, jak inni. Potem czekam na wypis, już spakowana. Jednak po 17 rozpakowuję się znowu. Są komplikacje i mam zostać w szpitalu. Proszę Mamę, by wróciła do domu. Nie chcę, by widziała jak się miotam. By odczuwała ten ogrom różnych emocji które mną targają.

Odarcie z oczekiwań

Z oczekiwaniem (czekaniem) wiążą się oczekiwania. Pewna wizja tego, co może się zdarzyć. Moja wizja zakładała, że wyjdę do domu we wtorek. Okazało się, że niestety, ale są pewne powikłania. Coś, co dla mojego bezpieczeństwa powinno być obserwowane na miejscu. Czekała mnie bezsenna noc z cogodzinną pobudką sprawdzającą, czy wszystko jest w porządku. Wizja spokojnej nocy w domu oddaliła się. Nie nadeszła domowa cisza, której tak bardzo potrzebowałam, by uporządkować myśli. Było za to sprawdzanie, czy wszystko jest w porządku, czy może będzie trzeba interweniować. Czy organizm radzi sobie z komplikacjami, czy może będzie trzeba go wspomóc. I ten wenflon, przeszkadzający we wszystkim – coś, do czego nigdy nie mogłam się przyzwyczaić.

Doświadczanie oczekiwania było trudne. Rozminięcie się oczekiwań z rzeczywistością również. To, co na co dzień zdaje się być normalne i do opanowania w szpitalu urosło do rangi tragedii.

To interesujące, jak często sprawy małe zasłaniają to, co najważniejsze. Jak wielki jest rozdźwięk między tym, że się nie wyśpię, a tym, że grupa lekarzy chce mieć pewność, że wypuszczają mnie do domu w dobrym stanie. Drobiazg i coś niezwykle ważnego. Drobiazg, który staje się ważniejszy niż coś wielkiego.

Może zawiodły wielkie – zbyt wielkie oczekiwania zamiast pogodzenia się z sytuacją. Może zawiodło to, że założyłam – myśląc „pozytywnie”, ale bez jakiejkolwiek elastyczności – że na pewno wszystko pójdzie zgodnie z planem. A może po prostu wygrało ludzkie zmęczenie. Poczucie, że znowu coś się dzieje wbrew temu, co wydaje się być dla mnie ważne. Ludzkie zmęczenie, które łaska Boża potrafi przemienić. O ile z nią współpracujemy. Przy czym nie chodzi o to, by nie mieć oczekiwań. Oczekiwania pozwalają określić, co jest dla nas ważne. Chodzi o to, by to nie oczekiwania były najważniejsze. Jeśli nie one, to co?

Zapewne droga. Podróż życia, która wykracza poza jeden pobyt w szpitalu i oczekiwanie na wyniki. Podróż, która trwa. Niezależnie od tego, co się dzieje. Jesteśmy więksi niż to, czego doświadczamy… Możemy stawać się więksi – jeśli czujemy, że jesteśmy niewolnikami zdarzeń.

Po modlitwie zasypiam. Tej nocy budzi mnie tylko jedna wizyta – przewidziana – o piątej rano. Wysypiam się, na ile to możliwe w szpitalnych warunkach. Nadchodzi cud, którego się nie spodziewałam.

Dzień 4 – Środa – Pokora

Pokora. Uznanie, że to nie ja decyduję, tylko ktoś inny decyduje za mnie i ja nie protestuję. Choć trudno jest nie cieszyć się, gdy wreszcie słyszę słowa: „dziś chcemy panią wypisać”, do sprawy podchodzę ostrożnie. Pakuję się niespiesznie. Pokora to też po części akceptacja tego, co jest. I postawa pełna spokoju – w końcu skoro akceptuję, skoro oddaję wszelakie swoje zmartwienia Bogu, mogę spać spokojnie.

Z pokorą jest u mnie trochę jak z kotem Schrödingera. Jest żywa, a jednocześnie martwa. Dopóki losowe wydarzenie nie otworzy pudełka – nie wiem, czy jest czy jej nie ma. Potrafię przyjąć ze spokojem (przynajmniej na zewnątrz) to, że muszę poczekać w kolejce – do dziekanatu, do zdjęcia wenflonu, do okienka w aptece. Kolejka na zabieg, kolejka na liście do wypisu ze szpitala, kolejka w której tkwię czekając na lekarza – im większy kaliber sprawy, tym trudniej o pokorę.

Czasem mam wrażenie, że przeciwieństwem pokory nie zawsze jest pycha, czasem zaś… ogromny lęk połączony z chęcią odzyskania straconej kontroli nad swoim życiem. Można w tym doszukiwać się pychy (to JA jestem swoim panem, JA o sobie decyduję), mimo wszystko mam wrażenie, że gdzieś w tym spojrzeniu gubi się wątek pewnego spokoju i poczucia bezpieczeństwa. Gdy nic się nie dzieje, czujemy stabilny grunt pod nogami, potrafimy poczekać w kolejce czy ustąpić komuś w jakiejś sprawie. Gdy czujemy się zagrożeni, gdy nagle wiadomość o chorobie wywraca nasz świat – zaczynamy walczyć o rzeczy nieważne. Byle tylko utrzymać poczucie, że chociaż część naszego życia jest wciąż w naszych rękach.