Szpitalne rekolekcje cz. 1

szpitalne rekolekcje

Będąc w niedzielę w kościele dowiedziałam się, że u nas w parafii rozpoczynają się rekolekcje. Myślę, że mogę powiedzieć, że mam rekolekcyjny czas za sobą – choć poza niedzielą nie zawitałam do kościoła. Swoje rekolekcje przeżyłam w jednym z warszawskich szpitali.

Czemu musiałam zawitać do szpitala? Wyniki cytologii były na tyle niepokojące, iż wymagały dalszej diagnostyki. W zwykłym przypadku – powtórnej cytologii za 6 miesięcy. U mnie, ze względu na przebyty nowotwór, oznaczały pobyt w szpitalu. Dlatego też w poniedziałek w trybie pilnym stawiłam się na izbie przyjęć.

O moim powrocie do Boga nie napiszę póki co zbyt wiele. Jest to dla mnie coś bardzo kruchego, coś, na co na obecną chwilę mi – literatowi – brakuje słów. Chcę jednak dalej inspirować, dalej zachęcać do podążania tą drogą. Stąd powrót do pisania. I ten tekst – o rekolekcjach, które „zupełnym przypadkiem” miałam okazję przejść.

Dzień 1 – Niedziela – Nawrócenie

O nawróceniu mogłabym opowiadać długo. A właściwie – o nawracaniu się. Moją specjalnością stały się powroty po mniejszych i większych odejściach. Zwykle – trwających po kilka miesięcy. Za każdym razem powrót był MOJĄ decyzją, w której nie umiałam wytrwać dłużej niż kilka tygodni. Zapewne dlatego, że to JA się upierałam. I opierałam na własnych siłach.

O nawróceniu mówi się jako o decyzji, której nie podejmuje się raz w życiu. To decyzja podejmowana wciąż na nowo, wraz z każdym nowym wyzwaniem czy każdym kolejnym przeżywanym dniem. Zbyt mocne postawienie akcentu na decyzję sprawia, że zapominamy o tym, Który jest w tym najważniejszy… o Bogu. I o tym, że bez Niego nie możemy zrobić nic.

Pewien ksiądz zwrócił kiedyś na to moją uwagę, ale wtedy nie byłam w stanie usłyszeć i zrozumieć tego, co odkryłam dopiero niedawno. Nawrócenie wymaga działania z obu stron – mojej decyzji, ale i Bożego zaproszenia. To zaproszenie co prawda jest nieustającym, jednak my nie zawsze potrafimy z niego skorzystać we właściwy sposób. W taki sposób który sprawiłby, że Bóg miałby przestrzeń do działania.

Powroty własnymi siłami

Ostatnie lata były dla mnie doświadczeniem, w którym próbowałam wrócić do Kościoła drogą „intelektualną”, drogą, na której ważna była moja decyzja. Gdy z powodu choroby brakowało mi sił, odsuwałam się. Gdy zawodzili ludzie, o których wiedziałam, że są związani z Kościołem, uciekałam – nie wyobrażając sobie sytuacji, w której pozostaję z nimi w łączności poprzez wiarę. Powodów było tak wiele, jak zranień i zawodów.

Niedawna spowiedź stała się – mam nadzieję – nowym początkiem. Jest on jednak inny od poprzednich właśnie ze względu na decyzję. To ja poszłam do kościoła, to ja poprosiłam o spowiedź. Ale to nie ja szukałam w sobie sił do nawrócenia, nie wracałam „z zaciśniętymi zębami” walcząc o obecność na kolejnej Eucharystii. Moja decyzja nie wypływała z mojego widzimisię czy z poczucia konieczności nawrócenia, ale ze spotkania. A przede wszystkim – z bezradności.

Ideałem jest unikanie błędów i wybojów na duchowej drodze. A przynajmniej tak może się nam wydawać. Skoro unikamy błędów, jesteśmy wciąż w łączności z Bogiem – przynajmniej teoretycznie. W praktyce może się okazać, że nasza wiara stała się wiarą, ale we własne siły i w to, że sami jesteśmy w stanie wytrwać w relacji. Te ponad cztery lata „obecności w kratkę” pokazały mi, jak bardzo polegałam na własnych siłach. Nie umiałam inaczej, zapewne wciąż nie umiem. Wiem jednak, że możliwe jest pozostawienie przestrzeni Bogu.

Błogosławiona bezradność

Do stworzenia tej  przestrzeni w moim przypadku potrzeba było poczucia całkowitej bezradności. Pewnego rodzaju „ogołocenia” z wcześniejszych złudzeń. Wydarzyło się tak wiele, że jedyne co mogłam zrobić to przyjść i powiedzieć – jestem tu. Dzień dobry. Nie mam NIC. Ani pewności siebie, ani wiary w siebie, ani wiary w to, że mogę coś zrobić. To, że wciąż walczę zawdzięczam pomocy nielicznych, którzy gdzieś tam przy mnie wytrwali. To nie JA, tylko Boże interwencje na mojej drodze sprawiły, że skończyłam studia, że odbudowuję swoje życie. Ja siebie spisałam na straty. Ja się poddałam. W każdej dziedzinie życia. To ktoś ze mnie nie zrezygnował, a za tym kimś stał Ktoś.

Spotkanie z Nim było spotkaniem, na które przyszłam z pustymi rękami. A kiedy ma się puste ręce, można wreszcie przyjąć to, co Ktoś ofiarowuje.

Warto walczyć o to, by stawać się lepszym człowiekiem i podejmować trud nawrócenia. Jednak jeśli nie ma w tym trudzie Jego, Jego łaski, Jego prowadzenia, Jego wsparcia – to nie jest to nawrócenie. To może być doskonalenie siebie. Nasi bliscy, my sami, możemy na tym zyskać, ale prędzej czy później – o ile zależy nam na Jego obecności – odczujemy pewien BRAK.

Bezradność była efektem utraty wiary we własne niewyczerpane siły. W to, że mogę wszystko – sama. Sprawiła też, że po dłuższym trwaniu w niej zostawiłam za sobą – jako zbędne obciążenie – własne wyobrażenia i oczekiwania. Wciąż nie wierzę we własne siły, w to, że wytrwam. I właśnie dlatego tym razem może być inaczej. Myślę, że trochę bardziej niż sobie wierzę Bogu i temu, że nie pozwoli mi odejść – choć sama jestem słaba i grzeszna. A przede wszystkim – w kwestiach wiary szybko poddająca się zniechęceniu.

Dzień 2 – Poniedziałek – Rezygnacja

„Odpuść” – mówimy sobie, gdy uważamy, że coś nie jest warte naszego zachodu. „Odpuść” – gdy nasze tłumaczenia nie dają pożądanego efektu. Gdy ktoś inny uparcie idzie swoją drogą, „głuchy” na nasze słowa. Gdy nasze dalsze zaangażowanie w coś oznaczać będzie inwestycję sił, która się nam nie zwróci. „Odpuść”, gdy rezygnujemy ze zbyt wymagającej dla nas relacji.

W ostatnich dniach rezygnacja miała dla mnie wymiar „oczyszczenia”. Zrezygnowania ze swoich planów (szermierka, praca, jeszcze więcej szermierki) na rzecz tego, co przygotował Bóg. Trudno jest mi inaczej myśleć o tym pobycie w szpitalu jak w kategoriach pewnego duchowego wyzwania. Albo wezwania do tego, by stać się nieco bardziej nastawioną na sprawy ducha.

Wchodząc do szpitala, rezygnujesz nie tylko ze swoich planów – rezygnujesz z siebie. To nie Ty wyznaczasz rytm badań, ale lekarze. To nie Ty decydujesz, kiedy i jak śpisz. Wizyty lekarzy i pielęgniarek na sali, kroplówki, leki, posiłki, kontrola Twojego stanu. Możesz się buntować, a możesz się poddać.

Zwykle czujemy się lepiej, gdy mamy na coś wpływ. Czujemy się też lepiej, gdy możemy wyraźnie powiedzieć, na co nie mamy wpływu i w tych sprawach „poddać się” Bogu czy losowi (w zależności od tego, w jaki sposób patrzymy na świat). Zupełnie inaczej jest, gdy ktoś – bądź instytucja – w imię niesienia pomocy odbiera na pewien czas cząstkę naszej wolności w tych podstawowych sprawach.

Inny świat

Jemy i pijemy wtedy, kiedy nam pozwalają na to godziny posiłków i okoliczności. Czekając na zabieg czy operację (oraz przez określony czas po) od pewnego momentu zachowujemy swoisty szpitalny post od jedzenia i picia. Jesteśmy budzeni po to, by dać się zbadać. Jesteśmy zamknięci z nieznanymi nam ludźmi na jednej sali, a odwiedzający mogą przyjść tylko w określonych godzinach. Nasza wolność kwitnie, gdy możemy wyjść do szpitalnego sklepiku. Wenflon czy kroplówka ogranicza ruchy. Nawet korzystanie z łazienki potrafi być poddane pewnym ograniczeniom.

Dla mnie nie było to „tylko” pewne ograniczenie. Doświadczenie szpitala stało się dla mnie przypomnieniem najgorszych dni depresji. Dni, kiedy nie byłam w stanie nie zasnąć – gdy spałam po 16-18 godzin na dobę. Dni, kiedy nie jadłam tego, na co miałam ochotę, ponieważ nie miałam siły kupować sobie jedzenia i gotować i szczęśliwa byłam, gdy ktoś wyręczał mnie w tym zadaniu. Dni, kiedy nie byłam w stanie zadbać o własną higienę, ponieważ nie miałam siły nawet na to, by umyć zęby.

Te z trudem odzyskane obszary czasowo musiałam oddać w zarządzanie komuś innemu, dla własnego dobra. Na kilka dni straciłam swoją drobną, codzienną wolność i swoje plany. Spoglądałam w okno i widziałam kawałek nieba, gdzieś wysoko, niemalże niedostrzegalny, przytłoczony przez kolejne piętra szpitala. Moje wielkie plany na razie poszły na bok, a te małe zwycięstwa musiały odejść w niepamięć. Dla większego dobra – dla szansy na dalsze zdrowie – oddałam to, co wydawało mi się najcenniejsze. Moją swobodę w tych najbardziej prozaicznych kwestiach.

Nie, nie było łatwo. W pewnym momencie nie miałam już nawet siły kryć zniecierpliwienia. Podziwiam swoje „współlokatorki” za spokój i poddanie się losowi. Ja nie umiałam tak cierpliwie znosić tego pobytu. Poddać się „w pełni”, „popłynąć”. Odpuścić na sto procent. Pogodzenie się z tym, że widmo szpitala po prostu wisi nade mną nie będzie proste. Jest dla mnie wyzwaniem, któremu mam nadzieję kiedyś sprostać.

Ciąg dalszy nastąpi niebawem.