Pytania „pierwszego” świata

Jeszcze godzinę wcześniej ubawiły mnie problemy z tankowaniem w Belgii. Jednak na drodze do portu w Calais zobaczyłam coś, co wyzwoliło we mnie trudne do opisania emocje…

***

Wybyłam i wrócę we wrześniu – taką kartkę mogłabym powiesić u siebie na drzwiach.

Wybrałam się w podróż do Wielkiej Brytanii. Kraju, do którego lubię wracać. Trudno mi powiedzieć, czemu – po prostu gdy przekraczam granicę francusko – brytyjską czuję się tak, jakbym znalazła się u siebie w domu. Tym razem znów poznam ten „dom” lepiej, co jest dla mnie powodem do wielkiej radości.

Jednak już na samym początku podróży wydarzyło się coś, wobec czego nie potrafię pozostać obojętną.

***

Jadąc do Calais, skąd mieliśmy popłynąć promem do Dover, zatrzymaliśmy się na belgijskiej stacji benzynowej. Tankowanie okazało się dość trudnym zadaniem. Liczniki przy kilku dystrybutorach nie chciały się wyzerować. Kierowcy i pasażerowie biegali w poszukiwaniu obsługi. Okazało się, że zawiniły terminale oparte na oprogramowaniu Microsoftu.

Przy tej okazji poznałam sympatyczną Brytyjkę wracającą z młodą damą (prawdopodobnie wnuczką) na Wyspy. Okazało się, że panie jadą do Londynu. Kanał La Manche miały pokonać Eurotunelem. Przez chwilę rozmawiałyśmy o uchodźcach, którzy za wszelką cenę chcą przekroczyć granicę. Powiedziała, że bardzo jej żal jest dzieci i że w sumie mogłaby wziąć choć jedno ze sobą.

Chwilę później tematem wiodącym stała się jej refleksja nad pięknem toalet. Może i były problemy z tankowaniem, lecz estetyczne i czyste wnętrze wynagradzało Brytyjce przebyte nieprzyjemności. Rzeczywiście, projektant postarał się – nawet wnętrza na niemieckich stacjach benzynowych mogłyby się schować w porównaniu z tym, które widziałam na tamtej belgijskiej stacji.

Rozbawiona całą sytuacją wsiadłam do samochodu.

***

Pojazd pędził drogą dojazdową do portu. W myślach byłam już na pokładzie promu. Płynęłam tam, gdzie czuję się dobrze. Niecierpliwie oczekiwałam momentu, gdy znów zobaczę białe klify Dover.

Zza jednego z licznych zakrętów wyłoniło się osiedle. A właściwie – obozowisko. Wśród wciąż jeszcze zielonych drzew stało kilka dużych, brudnobiałych namiotów. Dookoła nich inne, mniejsze. Schronienia z dykty, blachy, pozawieszanych na byle czym plandek.

Widziałam te obrazy kilka tygodni wcześniej. Z obojętnością oglądałam opublikowane w sieci zdjęcia koczowisk uchodźców, wyrastających jak grzyby po deszczu w okolicy Eurotunelu. Jak widać, również niedaleko portu w Calais.

Tym razem jednak widok ten… no właśnie. Zszokował mnie? Zasmucił? Na pewno sprawił, że poczułam emocjonalny związek z ludźmi, których tam zobaczyłam. A widziałam tylko dwie spacerujące postacie. Tylko przez ułamek sekundy.

Tylko, albo aż.

***

W zeszłym roku miałam okazję odwiedzić tabor Romów na Ukrainie. Jednak tamta wizyta nie wyzwoliła we mnie tak silnych emocji. Odczuć które sprawiły, że nagle wewnętrznie zamarłam i umilkłam.

Może dlatego że wtedy, za wschodnią granicą, byłam częścią zespołu, który udzielał pomocy? Teraz zaś przypisana mi została rola biernego obserwatora?

Może dlatego, że w głowie pojawiło mi się tysiące myśli o tym, jak wyglądają kwestie imigracyjne, jaki panuje polityczny klimat, kto na tej sytuacji zyskuje? O tym, że Ci ludzie nie mają się gdzie podziać, ponieważ ktoś ma konkretną wizję, której realizacja oznacza zniszczenie dotychczasowej egzystencji kilkuset tysięcy ludzi? Może już milionów? Śmierć dla tych, którzy pozostali w ogarniętej wojną ojczyźnie?

Ale też o tym, że imigranci w wielu miejscach w Europie zamykają się w gettach i zaczynają zwyczajnie zagrażać krajowi, który ich do siebie przyjął. O tym, że pomaganie może w perspektywie zniszczyć pomagającego. I że jednak trudno jest obojętnie przejść obok i nic nie zrobić.

Myśli miłosiernego Samarytanina przeplatane myślami wyrachowanego człowieka.

***

Czy ci spacerowicze, których widziałam, spróbują przedostać się do Wielkiej Brytanii? Może zginą, zastrzeleni podczas próby wtargnięcia na pokład promu, którym ja sobie wygodnie przepłynęłam z Calais do Dover? Może ktoś im pomoże i będą mogli zamieszkać w lepszych warunkach, podjąć pracę? Być może zima zastanie ich w skleconych naprędce schronieniach z blachy falistej, a któraś z organizacji humanitarnych dostarczy im żywność i koce?

Czy mogę coś zrobić? Modlić się? Przelać jakąś kwotę na konto jakiejś instytucji? Rzucić wszystko i przyjechać do Francji, by chociaż podjąć próbę naprawienia świata? Poświęcić życie na pomoc uchodźcom? Zostać tu gdzie jestem i robić to, co do mnie należy?

Wszędzie pytania. I uczucie bezsilności. Nie zniknie, dopóki nie spróbuję poszukać odpowiedzi.