Oznaki egzystencjalnej wiosny

Dla wiosennych porządków można stworzyć wiele różnych kategorii, od zwykłego wycierania kurzy na półkach zaczynając, a na całkowitym przemeblowaniu mieszkania kończąc. Jednak uproszczenie ich li tylko do wymiaru przestrzeni użytkowej jest niezwykle krzywdzące. W końcu wraz z zielonymi pączkami rozwijać się mogą nowe, nieznane wcześniej sposoby myślenia i działania.

Od początku lutego zima mojego życia zaczęła się wycofywać. Początkowo nieśmiało, z każdym jednak dniem coraz bardziej. Jeszcze pierwszego lutego we wpisie umieściłam następujące słowa:

Moja egzystencja dla siebie samej skończyła się 15 grudnia 2010 roku, kiedy dotarło do mnie, że guz wcale nie jest taki niepozorny jak mi się wydawało. Od tego czasu żałuję, że żyję. Najpierw – przez trzy lata każdej sekundy życia. Od jakiegoś czasu nieco rzadziej. Są momenty, które mnie cieszą, jednak w mojej ocenie wciąż nie przeważają bólu, który przeżywam.

Teraz mogę uczciwie napisać, że z rosnącą radością eksploruję kolejne obszary życia, z których znikają połacie cierpienia.

Talitha kum

Jezus powiedział do dziewczynki: mówię ci, wstań! A ta po prostu wstała (przeczytajcie koniecznie: Mk 5, 40-43). Tak w skrócie można opisać to, czego ostatnio doświadczam.

Po różnych przebojach… zwyczajnie wstaję z łóżka. Budzik dzwoni, obrywa poduszką, dzwoni jeszcze raz kilka minut później. Za drugim razem wstaję, chyba, że jestem wykończona – wtedy zasypiam z wyłączonym budzikiem w ręce.  Niby nic znaczącego. Tyle, że… przez kilka lat takie normalne wstawanie było niemożliwe.

Pierwsze, co przychodziło mi do głowy tuż po przebudzeniu to słowa: „cholera, kolejny dzień”. Ewentualnie: „o k* / ja p*lę, czas wstawać…”. Dziś jest to: „jaki mamy dzień tygodnia? Co ciekawego robię dziś?”. Ewentualnie: „e, jeszcze można pospać 😉 „. I nawet, jeśli coś ciekawego oznacza pracę, jest to wciąż COŚ CIEKAWEGO.

Dla mnie obecnie wszystko jest arcyciekawe. Robienie prania. Wyrzucanie śmieci. Sprzątanie pokoju, małe przemeblowanie (wciąż szukam optymalnego układu sprzętów w moim pokoju). Jazda samochodem na zajęcia. Podstawowe działania, pojawiające się w codzienności. Takie proste. Tak trudne do wykonania przez wiele miesięcy. Rzeczy, które teraz przychodzą zupełnie bez wysiłku…

Zmagania leniwca

Oczywiście, jest coś takiego jak zwyczajna chęć polenienia się. Jednak i jej obecność jest dla mnie arcyciekawa.

Przez wiele miesięcy każdej czynności towarzyszyło szacowanie sił – skoro wyrzucę śmieci, czy będę miała jeszcze siłę pojechać na uczelnię? Tak drobna, niepozorna czynność potrafiła mnie wybić z rytmu dnia. Znaczna część moich zasobów szła na to, by zachować w działaniu określony, wąski zestaw zachowań podtrzymujących wizję normalności. Wyznaczało ją moje chodzenie na uczelnię i rozwój zawodowy.

Jednak za murem sytuacja wyglądała nieco inaczej. Wypadający z ręki długopis stawał się wydarzeniem blokującym moje działania na rzecz porządku w pokoju – na tydzień, czasem na dłużej. Pod koniec pierwszego etapu gehenny, w momencie, gdy złożyłam wniosek o urlop zdrowotny po trzecim roku studiów nie byłam już w stanie uczyć się i tworzyć, o wykonywaniu zwyczajnych codziennych czynności w normalny sposób nie wspominając.

A teraz? Teraz to, czy wyrzucę śmieci czy nie wyznacza moje chcenie bądź niechcenie. Jak nie chcę – to choćby prosił mnie sam prezydent Obama tyłka z łóżka nie ruszę. I jest to naprawdę cudowna odmiana. Po pierwsze – mogę czegoś nie chcieć, albo chcieć czegoś! Mam wybór! To pierwsza z cudownych rzeczy. Drugą zaś jest to, że nawet jeśli coś poczeka kilka godzin czy dni nic się nie stanie. Wreszcie jest to oznaką mojego LENISTWA, a nie spustoszenia mojego umysłu przez chorobę. „Nie chce mi się” wyparło wielogodzinne zmagania pod tytułem: nie potrafię nawet zwyczajnie wynieść śmieci… skoro tak jest, skoro nie mogę normalnie funkcjonować, to po co żyć?

Dożyć zmiany

Moja historia pokazuje, jak ważne jest, by przetrwać. Dziś mogę ze spokojnym sumieniem napisać, że coraz bardziej ufnie patrzę w przyszłość. Wracają moje siły fizyczne i psychiczne, niebawem wreszcie wrócę do edycji komentarza do Reguły św. Benedykta – ponieważ również sprawność intelektualna powoli powraca do stanu sprzed, tudzież z początków choroby.

Moje próby pozbawienia siebie życia niech zostaną tajemnicą karty pacjenta znajdującej się w jednej z warszawskich poradni. Dość powiedzieć, że bywało gorąco. Jeszcze niedawno, jadąc z kolegą do Modlina na pytanie czy żałuję, że przeżyłam odpowiedziałam: „tak”. Wtedy jeszcze dookoła zalegał śnieg, dosłownie i w przenośni.

A teraz mamy wiosnę. W moim przypadku – wybitnie wielowymiarową.

Wreszcie cieszę się, że przeżyłam. Że dożyłam chwili, w której potrafię cieszyć się życiem. I nie jest dla mnie w tym momencie ważne, na ile to wpływ leków, na ile wsparcia ludzi dookoła, rozlicznych modlitw (za które dziękuję – i proszę o dalszą modlitewną pamięć).

Ważne jest to, że zwyczajnie wstaję z łóżka. Że mam co robić – na szczęście zamknięte przez chorobę drzwi do różnych możliwości wciąż można otworzyć. Że studia nie są stracone i mam szansę je skończyć – a szanse te rosną z dnia na dzień wraz z poprawą stanu ogólnego, której doświadczam. Że moje zmagania o pozostanie przy życiu przeszły na zupełnie inne, sportowe, tory. Że właśnie za oknem śpiewa ptak.

Egzystencjalna wiosno – witam Cię z otwartymi ramionami. I ze łzami wzruszenia.

 

Źródło zdjęcia: Nanagyei / Foter / CC BY

One thought on “Oznaki egzystencjalnej wiosny”

  1. Romuald Bartkowicz napisał(a):

    No! I tak trzymaj! 😀

Comments are closed.