Myśli przewrotne

Depresja jest dość bolesna na wielu polach. Najbardziej jednak dotyka psychiki, a znacząca część walki rozgrywa się w obszarze myśli…

Z moją Depresją wiele już przeżyłyśmy. Mamy za sobą lata toksycznego dla mnie związku, który na szczęście w ostatnich miesiącach przeszedł w fazę separacji. Niemniej, jak to w przypadku relacji długoterminowej, myśli kłębią się w głowie.

Oczywiście, uporządkowanie ich, spisanie, wyrzucenie z siebie w formach wszelakich jest niezwykle pomocne. Jednak są myśli i myśli.

Myśl 0: myśl niezauważona

„Baran!” – pomyślimy o kierowcy, który właśnie wpakował się nam pod maskę wbrew przepisom o ruchu drogowym. „Co za idiota!” gdy ktoś na wykładzie po raz dziesiąty pyta wykładowcę o to samo. „Ja pier*lę” – to akurat u mnie pojawia się najczęściej w sytuacji skanowania wzrokiem listy zadań do wykonania.

Myśl szybka, niemalże niezauważona. Pojawia się i znika. Jest jak celna riposta – krótka i uderzająca w sedno przeżywanej sytuacji.

Praca nad tymi myślami jest prawdziwą orką na ugorze. Powyższe przykłady dotykają tematu godności człowieka, wyobraźni i empatii, wyrozumiałości, priorytetów które sami określiliśmy i swego rodzaju zawierzenia Bogu. Krótkie słowa, a ile za nimi się kryje!

Są to myśli, na których każdy może swobodnie pracować i na podstawie których może doskonalić się w życiu chrześcijańskim i nie tylko. W końcu język polski jest dość bogaty i ograniczanie go do kilku mniej lub bardziej niecenzuralnych określeń stanowi zbrodnię polonistyczną 😉

Myśl 1: to, co mnie gryzie

Ciekawie spisuje się to, co stanowi dla nas mniejszą lub większą udrękę. Jest w tym coś niezwykłego, że słowa trzymane w głowie potrafią nieźle dać nam do wiwatu. Zwerbalizowane zaczynają tracić swą moc, aż wreszcie – spisane – z kulki ołowiu zamieniają się w puchową poduszkę. Na tej zaś można spokojnie głowę złożyć i pomyśleć, co dalej.

Zapisanie przemyśleń pozwala na ich skonkretyzowanie. Nabierają one wtedy kształtów, dzięki którym możemy ustosunkować się do nich. Trzymane w głowie przypominają chaos, z którym nie da się dyskutować. Jednak jeśli z tego chaosu wyciągniemy na przykład wspomnienie… wróć! Obraz bałaganu panującego w pokoju możemy podjąć konkretne działania mające na celu przywrócenie porządku, a przynajmniej zaprowadzenie nieładu artystycznego.

Myśl 2: poznajemy siebie

Kiedy ktoś mówi mi, że ma dość życiowych trudności, że nie ma już siły do mierzenia się z pracą zachęcam go do spisania listy zadań, które chce wykonać. Równie pomocna jest lista priorytetów. Różnych metod jest sporo – chodzi o to, by uświadomić sobie co stanowi dla nas wyzwanie.

I jak sobie tak z herbatą w ręku usiądziemy i zadumamy się nad tematem pracy magisterskiej okaże się, że herbata jest całkiem niezła i słonko mile grzeje. I że dziś możemy przeczytać 20 stron literatury, jutro też. I że tym, co nas denerwuje jest nasza niezdolność oderwania się od facebooka, co stanowi z kolei bodziec do rodzinnych kłótni. W końcu jak Polak bez fejsika, to zły. A jak z fejsikiem i ze świadomością, że powinien pisać magisterkę, to jeszcze bardziej zły.

Myśl 3: co złego, to ja!

Ostatnio przerażenie obudził we mnie fakt, iż w drzwiach mieszkania stanęła sąsiadka moja. Ta, którą lubię najmniej ze wszystkich. Zaczęłam zastanawiać się, co tym razem zrobiłam nie na jej sposób i czymże zasłużyłam sobie na karne jej spojrzenie. Akurat tym razem przyszła z wiadomością, że za godzinę odetną nam wodę, ponieważ jest w okolicy awaria. Za co chwała jej!

Wchodzimy tu na śliski temat niskiej samooceny. Niektórzy śmieją się, że chodzi o skrajny egoizm i poczucie, iż cały świat spogląda na nas i jest żywo zainteresowany wszystkim, co robimy. A tu psikus. Ponieważ obszar, po którym się poruszamy stanowi poczucie niższości, spowodowanej chorobą. Skoro jestem taka leniwa, nieogarnięta życiowo, cały czas stosuję różnorodne wymówki – jestem człowiekiem gorszego sortu i choć choruję, to w gruncie rzeczy robię to specjalnie i zasługuję na powszechne potępienie. A ono zniknie dopiero, gdy „wezmę się w garść”…

I jeszcze jedna ciekawostka. Osobiście nie myślę o tym, co mogłam zrobić dobrego tylko o tym, w czym mogłam zawinić. Komuś się zrobiło smutno, ktoś poczuł się urażony, zezłościł się – moja wina. Może mogłam temu zapobiec. Może coś w moim sposobie bycia przypomniało tej osobie o czymś przykrym. Może trzeba było zostać w domu, by nie pokazywać się światu – na wszelki wypadek, by nie psuć ludziom swoją obecnością dnia.

Myśl 4: co dobrego, to nie o mnie…

Otrzymałam wczoraj dwa niesamowite komplementy. Jeden dotyczył mojego radiowego głosu, drugi zaś – stylu wypowiedzi pisemnych, czyli wpisów na blogu. Obu osobom raz jeszcze publicznie dziękuję i słowa dobre doceniam, tym bardziej, że niejako „robimy” w tej samej działce, jednak Wy macie o wiele większe doświadczenie.

Jednak – paradoksalnie – poczułam się rozdarta. Ponieważ pierwszą myślą nie było: „miło, że ktoś docenia to co robię, że widzi we mnie pozytywne cechy”, lecz: ”no dobrze, teraz mają o mnie dobre zdanie – wystarczy, że się potknę w czasie prowadzenia audycji czy napiszę gorszy tekst – to przekreśli ich słowa; udowodni, że jestem do niczego a to, co docenili było tylko dziełem przypadku”.

Mało tego. Towarzyszy mi przekonanie, że ludzie takie słowa mówią z litości. Że tylko z litości tolerują moją obecność. Albo dlatego, że mają z tego jakąś konkretną korzyść – na przykład finansową. I trudno jest mi przeskoczyć na poziom właściwy, na którym EWIDENTNIE widzę że ludzie doceniają moją szeroką wiedzę, chęć nauki, humor i kilka innych rzeczy. Tak po prostu.

Myśl 5: nie ma ludzi niezastąpionych

Prawda i fałsz. Prawda – ponieważ da się znaleźć osobę o podobnym wykształceniu czy kompetencjach.

Fałsz – ponieważ to nie będzie ta konkretna jedna osoba, którą mamy na myśli, tylko ktoś inny.

Uświadomił mi to w dużym stopniu film „Doonby. Każdy jest kimś”, który wchodzi jutro na ekrany kin (właśnie, recenzję wypadałoby napisać… dobrze, będzie w piątek na śniadanie 😉 ). Bardziej jednak rozmowa z reżyserem Peterem Mackenzie, którego „dzieckiem” jest ten film.

W sumie ten wywiad, który z nim przeprowadziłam, mogło zrobić na moim miejscu kilkadziesiąt innych osób. Jakoś jednak zdarzyło się, że „dostałam cynk”, po długiej dziennikarskiej przerwie. I najwyraźniej ja tam miałam być, nie ktoś inny. Najcenniejsze chwile zachowam dla siebie – a są to chwile „off the record” – rozmowy o życiu dwóch doświadczonych przez los osób z ogromną wrażliwością.

Rozbijając mur

Mogłam z wywiadu zrezygnować – byłam tego blisko. Wielu dziennikarzy dociera z informacją do zdecydowanie większej rzeczy odbiorców niż ja. A jednak widzę, że ja jako Magdalena Sędkiewicz vel Natalia Świt miałam tam być. I byłam! Mało tego, to doświadczenie niesamowicie wpłynęło na moje postrzeganie swojej obecności w świecie.

Często mam poczucie, że nie powinno mnie tu być. Że moja obecność jest złośliwym rechotem losu, który prędzej czy później wreszcie się skończy, a ja przejdę w stan wiecznego odpoczynku. Rozmowa z Peterem Mackenzie uświadomiła mi bardzo namacalnie, iż jest w moim istnieniu głębszy sens. Że wielu osobom, nawet mi obcym, nie jest obojętne to, co ze mną się stanie.

Rozbijanie muru myśli wcale nie jest proste. Zaprawa trzyma mocno, czasem cegły złośliwie spadają na głowę, oczy łzawią, wypełnione wszechobecnym przy takich akcjach pyłem. Systematycznie biorę na warsztat konkretne myśli i rozbijam je w proch. Czasem dość szybko. Niekiedy muszę daną cegłę odłożyć na bok, ponieważ nie posiadam jeszcze odpowiednich narzędzi do jej zmiażdżenia.

Tym bardziej, że będąc z kimś w tak bliskim związku jak ja z Depresją ma się masę wspomnień – chwil lepszych i gorszych, spędzonych jednak wspólnie. W tym momencie burzenie muru ma w sobie coś niepokojącego. Otwiera furtkę do świata, o którego istnieniu zdążyłam już zapomnieć.