Menu Zamknij

Jutro, wczoraj, dziś

Tracę poczucie czasu. Przypomnienie sobie, jaki mamy dzisiaj dzień wydaje się być dla mnie zadaniem ponad siły. Siedzę i wgapiam się w komputer nie bardzo mogąc zebrać myśli. Cóż. Minęły moje 25 urodziny.

W zeszłym roku po raz pierwszy od kilku lat miałam całkiem miły urodzinowy dzień. Spędziłam go na rekolekcjach, a na pamiątkę otrzymałam książkę z dedykacją od prawie wszystkich uczestników wyjazdu. Było to niesamowicie budujące doświadczenie. Dziś sięgam pamięcią wstecz i staram się dokonać bilansu minionego roku.

Generalnie jest lepiej. Mój nastrój wreszcie jest znośny. Nawet chce mi się walczyć, co do niedawna jeszcze było nie do pomyślenia. Jestem znowu na studiach – to z kolei kawałek z działki pod tytułem „normalność”. Poszłam na warsztaty z improwizacji. Rozpoczęłam swoją przygodę z szermierką. Mój organizm ogólnie lepiej funkcjonuje i jestem w stanie spędzać więcej czasu poza domem – a to też nie jest bez znaczenia. Idzie ku lepszemu. Niby…

Zasłona normalności

Podobnie było wcześniej, gdy brałam leki z powodu nowotworu. Rozwijałam dziennikarską pasję, studiowałam, wszędzie było mnie pełno – i tylko ja wiem, co się za tym wszystkim kryło. Jak wiele kosztowała mnie ta walka o zachowanie normalności. Wołałam zza tej zasłony o pomoc. Miałam poczucie, że dopóki mogę chcę mimo wszystko żyć normalnie – niemniej potrzebowałam pomocy.

Zapewne to zmyliło wiele osób.

Podobną zasłonę buduję teraz. Znów – po prostu chcę wrócić do życia. Chcę żyć normalnie. Choć w gruncie rzeczy od dawna nie istnieje u mnie coś, co można nazwać normalnym życiem.

Wiele osób żyje „bezrefleksyjnie”. Idzie do pracy, wraca do domu i szykuje obiad. W sobotę robi pranie. W niedzielę wyleguje się do 12 albo idzie do kościoła na 9:15. Ma życie zawalone pracą tak, że nie myśli o niczym innym. Bądź wciągnięta jest w życie rodzinne, buduje tę podstawową komórkę społeczną od zmieniania pieluch zaczynając na pomocy w odrabianiu pracy domowej kończąc. Ma swój ustalony rytm życia. Rutynę, której się trzyma, którą w zależności od okoliczności opuszcza i potem do niej wraca.

Myśli o egzystencji

Jest kilka tematów, z którymi przychodzi nam się zmierzyć w ciągu życia. Jednym z najbardziej dotkliwych jest kwestia naszej śmiertelności. W końcu każdy z nas umrze. To, w jaki sposób postrzegamy śmierć – czy od niej uciekamy, czy próbujemy ją niejako „zasymilować” w myślach – wyznacza w dużym stopniu kierunek duchowych poszukiwań.

Niektórzy z nas stąpają twardo po ziemi, inni wznoszą się na filozoficzne wyżyny. Wielu z nas zmaga się z różnego rodzaju trudnościami. Niektórzy jednak mają, mówiąc kolokwialnie, przerąbane. Gdyż oprócz wymiaru „horyzontalnego”, czyli tego, jak bardzo interesujemy się światem i jego sprawami jest jeszcze wymiar „wertykalny” – głębia odczuwania.

Wielokrotnie już słyszałam, ze za dużo myślę. Kiedyś od księdza oberwało mi się, że jestem „przeintelektualizowana”. Do tego dodam jeszcze słowa o (nad)wrażliwości. No cóż… w podstawówce będąc pisałam wiersze. W drugiej klasie gimnazjum płakałam jak bóbr czytając Potop i kibicując obrońcom Jasnej Góry. W liceum wpadłam w uzależnienie od gier komputerowych, uciekając od dość nieprzyjemnej rzeczywistości szkolnej i rozwijającej się depresji.

Nie chciałam myśleć, nie chciałam czuć niczego. Miałam w głowie tysiące pytań o sens, a bardziej bezsens życia tutaj i zero sił na szukanie odpowiedzi. W tym czasie rozwijająca się choroba zabrała mi marzenia, z których zostały tylko trzy – żadne z nich już się nie spełni, ponieważ nie da się cofnąć czasu.

Głębsza rzeczywistość

Można być albo radosnym głupcem, albo smutnym mędrcem – usłyszałam kiedyś. Gdzieś w środku tęsknię za głupotą i beztroską, którą posiada wiele osób. Głupotą niewiedzy, nieprzejmowania się tym, co się dzieje dookoła – poza własnym gronem krewnych i znajomych królika. Głupotą życia w zaklętym kręgu pracy bądź nauki i imprez. Głupotą spojrzenia przyziemnego, egoistycznego na wskroś, zamykającego na drugiego człowieka.

Nie zaznam już beztroski, w której jest może i świadomość konsekwencji, ale nie ma tego wewnętrznego poczucia realnego wpływu naszych wyborów na życie. Beztroski pozwalającej na późne powroty do domu i patrzenie na problemy z perspektywy piwa, dwóch, trzech, wódki… Beztroski odcinania się od nawet niesłusznych osądów oraz beznamiętnego negatywnego określania innych.

Ale też głupoty niemyślenia o tym, jak ogromny wpływ na to, co się dzieje wokół mnie ma mój uśmiech, życzliwe słowo, rada. Beztroski niewiary w Boga i nieświadomości zarówno ludzkiej śmiertelności, jak i nieśmiertelności. Głupoty nieświadomego wykorzystywania czasu i beztroski poczucia bycia „pięknym i młodym”, za którym potrafi iść nieodpowiedzialność za dany nam tutaj czas.

Powyższe przykłady nie są przesiąknięte na wskroś głupotą i beztroską – dopóki nie nadamy obu tym słowom znaczenia pejoratywnego. Dla mnie są one oznaką tego, co naturalne dla ludzkiej egzystencji, co proste w wyborze. Oznaką tego, czego nie umiałam z moją wrażliwością wybrać w przeszłości i czego również teraz wybrać nie potrafię.

Test na uważność…

Czy zdawaliście sobie sprawę z tego, jak wiele czynności składowych zawiera zwykłe mycie zębów czy wzięcie prysznica? Czy zauważyliście, jak wiele dziur w gruncie rzeczy jest w zwykłym bochenku chleba? Czy przyjrzeliście się, jaką fakturę ma ściana, drzwi, ręcznik, kubek i tysiące innych domowych przedmiotów? Czy znacie zapach farby drukarskiej, ziół rosnących w mini-ogródku na parapecie, słońca zaglądającego przez okno, zimowych poranków, mokrych jesiennych liści, drewnianych desek?

Czy zauważyliście jak ciekawie ogrzewa się powietrze wokół żarówki? Jak rozchodzi się po pokoju światło? Jak ciekawie układają się fałdy złożonego koca? Jak zabawnie, choć niewygodnie, śpi się na kilku poduszkach? Jak w gruncie rzeczy kolorowe jest jajko, gdy mu się przyjrzeć uważnie? Jak śmiesznie sroka zeskakuje z gałęzi na ziemię?

Mieliście okazję spotkać letniej nocy wędrujące jeże, przyjrzeć się, jak pokonują przeszkody stworzone przez człowieka? A głaskaliście kiedyś jeża? Zastanawialiście się nad trajektorią skakanki? Nad tym, które mięśnie bolą po treningu i dlaczego? Jak szybko rosną włosy? Jak…

… i kręgi na wodzie

Tysiące pytań. Codziennie. Tysiące obserwacji. Setki odpowiedzi, setki niewiadomych. A to tylko świat materialny. Wkraczając w ludzki świat, w świat relacji, można dostać prawdziwego mętliku w głowie.

Gdy stałam na przystanku pewna pani siedząca za kierownicą samochodu spytała mnie, jak dojechać do Hali Marymonckiej. Udzieliłam jej odpowiedzi, w ostatniej chwili, starając się zachować uśmiech pomimo łez. I wiem, że ta życzliwość mogła sprawić, że będzie jechała wolniej na miejsce spotkania, ponieważ ktoś jej pomógł.

Jeśli była zdenerwowana, mogła się uspokoić. Mogła nie zajechać komuś drogi, a ten ktoś mógł nie wrócić do domu wkurzony z tego powodu. Mógł nie uderzyć swojego dziecka, ponieważ nie dość, że był zmęczony pracą, to jeszcze miał nieprzyjemności na drodze. Nie będzie musiał tego żałować…

To jest mój świat. Świat w którym za każdym słowem i czynnością idzie tysiąc myśli. Tysiące przemyśleń. Trudny do opisania, a jeszcze trudniejszy do zrozumienia.

I jakoś coraz mniej mnie dziwi moje osamotnienie w chorobie.

Na szczęście to, co najgorsze, zdaje się być za mną. W końcu te urodziny całkiem mi się udały, a ostatni rok był lepszy od poprzedniego. Tylko od tego mętliku myśli już nieco uporządkowanych, pozytywnych i negatywnych, wchodzę znów w świat, w którym tracę poczucie czasu.

Tym razem jednak w pozytywnym tego sformułowania znaczeniu.