Medyczna retrospekcja

Dłoń

Środek nocy. Jestem chora: mam dreszcze, katar, a długa drzemka koło godziny 18 sprawiła, że teraz szybko nie zasnę. Ze znudzenia, a po części z chęci rozliczenia się z przeszłością sięgnęłam po swoją dokumentację medyczną.

Nie jest ona może pokaźna, nie mniej jest większa niż przeciętnego obywatela RP w moim wieku. A przynajmniej jeśli chodzi o ostatnie cztery lata. Kartki i karteczki z zapiskami z wizyt mieszają się z kartami wypisu ze szpitala, kolejnych badań krwi, zdjęć z USG oraz wielu innych równie fascynujących dokumentów.

Przeglądam tę papirologię i układam w chronologicznym porządku. I cieszę się – intelektualnie tylko, ale o tym później – z tego, że nie mam napadu paniki.

Ucieczka z oddziału

Jakiś czas temu miałam do załatwienia sprawę w jednym z warszawskich szpitali. Wydębiwszy stosowny dokument skierowałam się do wyjścia. Choć lepiej naturę wychodzenia z budynku odda sformułowanie: wybiegłam, niemalże tratując ludzi po drodze.

Już wchodząc na oddział, gdzie miałam spotkać się z lekarzem odczuwałam uścisk w żołądku i trudności z oddychaniem. Fale wspomnień szpitalnych zalewały mój umysł sprawiając, że traciłam kontakt z teraźniejszością. W pewnym momencie zaczęłam się dusić. W sumie cudem dotarłam do wyjścia. Oddech uspokoił się dopiero, gdy szpitalne budynki zniknęły za drzewami.

Podobne przyjemności odczuwałam przeglądając kilka miesięcy temu rzeczoną dokumentację. Próbę jej posortowania przerwało znajome już odczucie duszenia się. Papiery wylądowały ponownie w szufladzie – byle dalej ode mnie, od mojego ciała, od mojego umysłu.

Łzy bez oczyszczenia

Płaczę. Przypominam sobie, w jakich okolicznościach w segregatorze pojawiały się kolejne wyniki badań. EKG – a potem wypis ze szpitala. Badania krwi – i opis obrazu z rezonansu magnetycznego. Kartki od psychoterapeuty i od psychiatry. Czarno – białe zdjęcia USG macicy…

Ostatni rok to pierwszy rok, kiedy mogę sobie zwyczajnie olać wizyty u lekarzy. Gdy wreszcie zniknęło zagrożenie życia (a przynajmniej to ze strony nowotworu…) stwierdziłam, że czas wziąć urlop. U ginekologa pojawiam się raz w roku – na cytologię. Dzień dobry, dziękuję, do widzenia, do zobaczenia za rok.

Wcześniejsze moje leczenie wymagało ode mnie podejmowania decyzji wbrew mojej woli. Wbrew sobie szłam do szpitala, na kolejne badania bądź do tzw. kliniki jednego dnia (jednodniowy pobyt w szpitalu, w moim przypadku na USG wewnątrzmaciczne pod narkozą). Wbrew sobie dzień w dzień przez dwa lata i trzy miesiące brałam hormony, które pomagały w walce z nowotworem, ale niszczyły mój organizm na różne sposoby.

Wbrew sobie samej chodziłam na uczelnię, działałam dziennikarsko, rozwijałam się na każdym możliwym dostępnym mi polu. Wbrew sobie. Znów to napiszę – WBREW SOBIE!

Utrata życia

Moja egzystencja dla siebie samej skończyła się 15 grudnia 2010 roku, kiedy dotarło do mnie, że guz wcale nie jest taki niepozorny jak mi się wydawało. Od tego czasu żałuję, że żyję. Najpierw – przez trzy lata każdej sekundy życia. Od jakiegoś czasu nieco rzadziej. Są momenty, które mnie cieszą, jednak w mojej ocenie wciąż nie przeważają bólu, który przeżywam.

W Ewangelii według świętego Mateusza możemy przeczytać słowa Jezusa: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje”. Gdybym miała powiedzieć, jakie słowa są moim mottem życiowym, musiałabym przyznać, że właśnie te.

To, co widzicie – moje działanie w dziennikarstwie, pisanie książki (książek?), studiowanie i robienie innych ciekawych rzeczy – wszystko wpisuje się w nurt „zapierania się samej siebie”. Ja jako ja żałuję, że przeżyłam. Ja jako istota stworzona przez Boga, posiadająca duszę nieśmiertelną, stwierdzam, że moim obowiązkiem jest owocnie przeżyć ten czas na ziemi, który został mi dany. Wykorzystać go najlepiej jak potrafię – na Bożą chwałę, jakby to dziwnie nie brzmiało.

Codziennie jedno i drugie ja zmagają się ze sobą. Depresja dodatkowo sprawia, że zmagania te są jeszcze cięższe. Kiedyś jeszcze rozwinę ten wątek. Na razie napiszę tylko, że również w obrębie tej choroby wiele decyzji podejmuję wbrew sobie – rozpoczynając od kwestii regularnego brania leków. Intelektualnie wybieram wzięcie leków – tego wymaga ode mnie zadanie owocnego przeżycia tego życia tu na ziemi.

I intelektualnie cieszę się, że nie dostałam ataku paniki przeglądając tę cholerną dokumentację. To oznacza, że proces zdrowienia znów posunął się do przodu – choć emocjonalnie zupełnie tego nie odczuwam.

One thought on “Medyczna retrospekcja”

  1. Romuald napisał(a):

    „Od tego czasu żałuję, że żyję”… „Ja jako ja żałuję, że przeżyłam”… Straszne słowa. A w ustach młodej, bardzo młodej dziewczyny, brzmią jeszcze straszniej. Dla kibicujących Tobie jedynym pocieszeniem jest to, że jedno z Twoich „ja” bierze górę. Wierzę, że pozostanie ono na placu boju jako jedno, jedyne… Dobrze, że wybrałaś na motto życiowe ten właśnie fragment Ewangelii, ale będzie jeszcze lepiej, gdy ten „krzyż swój” dźwigać będziesz dla siebie samej, bo zrozumiesz, że warto, a nie – „wbrew sobie”… Za to trzymam kciuki z całej siły, Magda!

Comments are closed.