Menu Zamknij

Pokutne spacery

Pokutne spacery

Wczoraj na spacerze spędziłam ponad trzy godziny, przemierzając Park Moczydło a potem gubiąc się na Polach Mokotowskich (to tylko ja tak potrafię… 😉 ). Jednak te moje piesze wycieczki nie są takie zwykłe, jak by się wydawać mogło…

Jakieś dwa tygodnie temu znajomy ksiądz „wrobił” mnie w pokutne spacery. Pół godziny dziennie mam chodzić i podziwiać rozkwitające pączki liści i kwiatów, wdychać wiosenne powietrze, dać się złapać promykom słońca. Ucieszyć się z deszczu i przelatującego obok szpaka.

Spacer sam w sobie to miła rzecz. O ile… no właśnie. O ile ma się na niego czas. A ja tego czasu zwyczajnie NIE MAM!

Praca. Pisanie książki. Przygotowania do matury. Ogarnianie bałaganu w pokoju i tysiąca innych spraw, które już od dawna czekają na rozwiązanie, jednak z powodu mojego braku sił i ochoty na cokolwiek leżały odłogiem. Od tak poważnych jak pisanie eseju dla Centrum Myśli Jana Pawła II zaczynając, na tak prozaicznych jak wyrzucenie śmieci kończąc (nawiasem mówiąc, te potrafią stać u mnie co najmniej kilka dni zanim się zbiorę w sobie i je wyniosę… na szczęście nie sąsiadom na dywanik…).

Przyglądając się ogromowi spraw bieżących i zaległych trudno jest oprzeć się wrażeniu lekkiego… przytłoczenia. No ale…

„Ksiądz wie lepiej”

Myślę sobie: no tak. Jak był w seminarium, to miał czas na wszystko: na Eucharystię, naukę, modlitwę, spacery. A ja jak wyszarpię te ileś minut na Mszę i modlitwę to już staje się cud.

Jak ja mam w tym zabieganiu cholernym, w przytłoczeniu terminami, jeszcze nie będąc w stanie przekonać siebie, że warto żyć – jak ja mam wycisnąć z takiej egzystencji jeszcze trzydzieści minut dziennie na spacer plus szesnaście, aby dojść do najbliższego parku i z niego wrócić do domu?

Można dojść do wniosku, że księża mają iście ułańską fantazję. A Ty, człowieku, który przychodzisz zmęczony życiem do kościoła, rzuć to wszystko z czym przychodzisz, mierzysz się i męczysz… i się dostosuj. Można się kapkę wkurzyć, nieprawdaż?

Z tym, że zanim zaleje nas fala złości… warto podjąć przynajmniej próbę zastosowania się do takiej wskazówki. Nawet, jeśli tego nie rozumiemy.

Post od własnej woli

To dla mnie bardzo ciekawy wymiar postu – post od własnej woli. Nie chodzi o to, by rzucać wszystko, co jest dla nas ważne i słuchać każdego, kto nam coś nakazuje. Nie. To by było zbyt proste – i… naiwne.

Warto po prostu otworzyć uszy na to, co mówi drugi człowiek – kapłan chociażby. Z zupełnie innym doświadczeniem, inną perspektywą, innymi pomysłami na rozwiązanie różnych problemów. I w tym, jak to często ostatnio słyszę, SZCZEGÓLNYM czasie Wielkiego Postu w ramach poszczenia wyzbyć się na chwilę choć własnej woli – własnych pomysłów na życie, uporu, z którym je realizujemy. I przyjąć nieco inną perspektywę…

Za pokutę – na spacer

Chodzę więc. Nie udaje mi się codziennie, podobnie, jak nie codziennie pojawiam się na Eucharystii. I jakimś cudem – działa. I to co najmniej podwójnie.

Po pierwsze – Bóg obdarza licznymi łaskami za posłuszeństwo. Pisał już o tym w swojej „Regule” św. Benedykt. Deszcz łask, który teraz na mnie spada, ma swoje źródło w posłuszeństwie właśnie. W wyrzeczeniu się swojego widzimisię na rzecz wskazówek innej osoby – otwarcia się na to, że my nie zawsze mamy rację, a Bóg potrafi nam wiele przez kogoś innego podpowiedzieć.

Po drugie – odkąd wychodzę na spacery lepiej się czuję. Mój zastój psychofizyczny spowodowany długotrwałą depresją ustępuje. Kroczek po kroczku odblokowuje się moje ciało – nieco wolniej się męczę, no i mogę już bez zadyszki podbiec do autobusu 😉 A i nauka nie ucierpiała na tym. Wręcz przeciwnie: mam teraz nawet czas, by rozwijać swoje pasje. W sercu zaś – ogromny spokój.

I jak tu nie wierzyć w siłę Bożego działania przez POST? 🙂