Menu Zamknij

Świętuję z… Jezusem

Świętuję z Jezusem

Już teraz dziękuję Wam za wszystkie życzenia, które od rana spływają… I pozdrawiam z rekolekcji w Niepokalanowie.

Wybyłam. W tajemnicy nawet przed rodziną, która dowiedziała się o tym po fakcie – po moim wyjeździe. Wybyłam wczoraj wieczorem i jutro wrócę do Warszawy.

Stwierdziłam, że chcę te urodziny spędzić w zupełnie inny niż dotychczas sposób. Spędzić je z Jezusem.

To dla mnie bardzo ważny moment. Można powiedzieć – przełomowy. Kolejny rok w kalendarzu mija, a ja dokonuję bilansu. Podsumowania ostatnich 12 lat życia…

Kilka tygodni temu wysłałam do najbliższych znajomych rozpaczliwego smsa z prośbą o modlitwę, aby Bóg się zlitował i albo dał mi po prostu szybko umrzeć, albo wreszcie obdarował chęcią życia. Uwierzcie mi – nie chciałam już się budzić następnego dnia. Miałam nadzieję, że odejdę we śnie.

Stało się inaczej. Kilka dni temu po raz pierwszy poczułam, że chcę żyć. I że żyję! To trudne do opisania doświadczenie radości bez granic. Bez żadnych blokad. Po prostu cieszę się, że żyję! Że jestem w tym miejscu, tej przestrzeni, ale i na tej życiowej ścieżce, na której jestem.

W czwartek rano po prostu się zaśmiałam. Całą sobą. Cała moja osoba – ciało, duch, dusza – śmiałam się CAŁA. Tak po prostu.

Podejrzewam że Ci, którzy nie mają za sobą podobnych doświadczeń z trudnością wyobrażą sobie podobny stan. W skrócie można go opisać tak: przez ostatnie 12 lat chciałam umrzeć, a radość, która pojawiała się w tym czasie szybko znikała w moim pogrążonym w ciemnościach umyśle. Teraz wreszcie chcę żyć!

To najpiękniejszy prezent, jaki mogłam otrzymać na urodziny.

Jeśli zaś chodzi o samą datę, to po raz pierwszy – odkąd skończyłam 18 lat – nie boję się kolejnego roku życia. Osiemnaste urodziny przyniosły mi lęk przed dorosłością. Dziewiętnaste – niepokój maturzysty oraz pogłębiający się lęk związany z sypaniem się egzystencjalnego domku z kart. Dwudzieste – znużenie i lęk co do stanu zdrowia. Dwudzieste pierwsze – perspektywę dalszego leczenia onkologicznego. Dwudzieste drugie – zmęczenie i pogłębiającą się depresję. Dwudzieste trzecie – strach przed ostatnim pobytem w szpitalu (z powodu nowotworu), kolejne antydepresanty, ostatecznie zaś egzystencjalną pustkę, gdy zakończone zostało leczenie.

To dziwne, lecz choć mam tylko 24 lata, czuję się staro i młodo zarazem. Z jednej strony ciężar doświadczeń ciągnie mnie w kierunku starości (bądź, mówiąc eufemistycznie, DOJRZAŁOŚCI). Wyuczona beztroska w obliczu życiowych problemów sprawia, że czuję się na lat osiemnaście.

W tle tych zmagań jest Bóg. Wiara. Posmak nieśmiertelności. Mocne poczucie skończoności wielu rzeczy i spraw, z życiem na tej ziemi włącznie. I brak lęku przed końcem, który dla mnie jest po prostu przedostatnią stacją w życiu. Na ostatniej wysiądę – będąc już po drugiej stronie. Oby była to co najmniej stacja „Czyściec”.

Mam 24 lata, w głowie myśli i wrażliwość człowieka dojrzałego i doświadczonego, w sercu maj i młodość, a w duszy – początek bez końca. Wieczność.

Cud na moje urodziny. Życzę Wam tego samego.