Dzieląc się tym, co mam

Dzieląc się tym, co mam

Dziś po raz kolejny zaglądamy do wielkopostnej szufladki z napisem „jałmużna”. Tym razem zastanowimy się nad… własnymi talentami i ich wykorzystaniem.

„Czas to pieniądz”. Ile razy słyszeliśmy już w naszym życiu tę frazę? Zapewne tyle, że sami zaczęliśmy przeliczać cenne minuty życia na kwoty, które możemy zarobić. Podobne podejście pojawia się również w odniesieniu do posiadanych przez nas umiejętności.

W obliczu rutynowej, szarej, mało ambitnej pracy zazdrościmy tym, którym udało się połączyć pasję z zarabianiem na życie. Zaczynamy rozliczać siebie z tego, jak kreujemy siebie, jak rozwijamy swoje zdolności i w jaki sposób można to wszystko ująć w CV, by dostać jak najlepszą pracę…

Na razie odłożę na bok wątek zaufania Bogu, do którego jeszcze kiedyś wrócę. Dziś chcę zwrócić Waszą uwagę, że nie wszystko można przeliczyć na złotówki. Czasem o wiele lepszą walutą są niebieskie dolary.

Pilnując skarbów

Każda umiejętność, którą posiadamy, może posłużyć do wielu celów. I tak na przykład nasze zdolności artystyczne mogą pomóc w urządzeniu mieszkania tak, by każdy, kto do niego wchodzi, z przyjemnością się po nim rozglądał. Mogą być wykorzystanie do zarabiania na życie, poprzez malowanie czy aranżację wnętrz. Mogą również stać się powodem naszej pychy i oddzielać nas od ludzi, na których patrzyć będziemy z „wyższości” naszej „artystycznej” duszy.

Można na czymś zarobić, spożytkować to coś dla własnego dobra albo czuć się z powodu posiadanego talentu lepszym od innych. W każdym z tych przypadków skarb, który posiadamy, zostaje w naszych rękach. Zwykle, zanim podzielimy się nim, zastanawiamy się: co z użyczenia naszej wiedzy i umiejętności będziemy mieli?

Nie jest to naganna postawa – jest w tym myśleniu wiele zwyczajnego praktycyzmu. Jednak… jako chrześcijanie, wezwani jesteśmy, by podjąć próbę pójścia krok dalej 😉

Radosny dawca

Czasem, zamiast patrzeć pod kątem zarobków warto pomyśleć o tym, co możemy dać drugiemu człowiekowi – i to coś niekoniecznie materialnego. W naszym otoczeniu – zapewniam Was – jest masa ludzi, którym nasze umiejętności mogą przydać się: do rozwoju, ale przede wszystkim do spotkania z drugim człowiekiem i przekazania dalej „łańcuszka” miłosierdzia.

Warsztaty malarskie dla dzieciaków w pobliskiej świetlicy. Pomoc w nauce obsługi komputera dla seniorów. Nauczenie przyszłej młodej pary kroków do walca. Korepetycje dla dzieciaków biedniejszych sąsiadów. Wszystko bez pieniężnej wymiany. Po to, by podzielić się nie tym, co posiadamy, lecz tym, co potrafimy.

Taki dar nie pełni funkcji li tylko edukacyjnej. Nie jest wyłącznie poświęceniem komuś czasu i pokazaniem przez to, że ktoś jest dla nas ważny. Że jest kimś wartościowym, skoro ofiarujemy mu czas i umiejętności.

Jest jeszcze jeden cudowny wymiar – przekazanie dobra dalej. Taki człowiek, z którym spędzimy czas, może nagle zupełnie inaczej spojrzeć na życie. Może łatwiej mu być pokonać różne trudności, z których nawet możemy nie zdawać sobie sprawy…

Optymizm pewnego korepetytora, który uczył moją siostrę cioteczną – jego entuzjazm, radość z dzielenia się wiedzą nie tylko sprawiły, że Siora ma lepsze oceny. Mam poczucie, że nieco bardziej ufa swoim zdolnościom matematycznym. Że nieco bardziej ufa sobie i temu, że po prostu jest w stanie się nauczyć.

Sama – służę pisaniem. Nie zarabiam na blogach (a uwierzcie mi, chciałabym – w końcu jest kryzys 😉 ). Już jednak do tego nie dążę. Po prostu chcę, by to, co piszę, trafiało do Was i inspirowało do zmian. Żeby dobro szło dalej w świat 😉