Menu Zamknij

Środek znieczulający

Z okazji święta świętych Cyryla i Metodego

Kiedy w serce wkrada się ból, wystarczy mi sen. Jeśli jednak snu jest za dużo, a umysł podpowiada, iż warto podjąć próbę dobrego wykorzystania nadchodzącego dnia, wstaję – z trudem, ale jednak. I – mimo postanowień – włączam „fejsika”.

Od jakiegoś czasu praktycznie omijałam ten portal. Jednak ostatnie dni przyniosły mi emocjonalne rozchwianie, obudzenie starych lęków, otworzenie starych ran. Ponadto, ponieważ odchorowuję imprezę, na której byłam, dodatkowo czuję się podle i nie mam siły nawet na naukę, którą lubię.

Siedzę więc, zbieram myśli, piszę teksty, które czekały na napisanie już czas jakiś. A w jednej z zakładek jest otwarty właśnie FB – pożeracz czasu, podręczny znieczulacz, gdy akurat nie mam na podorędziu marzeń sennych.

Moją Nemezis – czymś, co ściga mnie i gdy dopada, rozbija kompletnie – jest samotność. A dokładniej – bycie singielką.

Wiecie, jak to jest. Gdy jest się samym, to zwraca się uwagę na tych wszystkich, którzy sami nie są. Dlatego podświadomie liczę swoich żonatych i zamężnych znajomych, nieco tylko starszych ode mnie, czasem nawet młodszych. Idąc na spotkania spotykam ludzi, którzy w lwiej większości są w związkach. A przynajmniej ja tak to widzę, wyłapując wzrokiem tych, którzy singlami nie są.

Śmieję się, gdy proponuje mi się terapię. Ja nie potrzebuję psychologa – wyżalić mogę się znajomym. Nie potrzebuję kogoś, kto będzie mi pokazywał, którędy mam iść – sama w sobie mam zdolność szukania rozwiązań! Moje życie pokazuje, że na nudę nie mogę narzekać.

Jestem z kategorii tych kobiet, które mają w swoje życie wpisane pragnienie bycia w relacji z mężczyzną. Nawet nie tyle wpisane, co wyryte w sercu jak w kamieniu. Jest to rzeczywistość, której nie da się wymazać. Pragnienie, które sprawia, że nawet gdy inne rzeczy w życiu układają się, nie mają one takiego znaczenia – ponieważ ostatecznie zostaje się z nimi samemu.

Wieczorem nie mam do kogo wysłać smsa. Kładąc głowę na poduszce, dialoguję, a właściwie kłócę się z Bogiem. Zasypiam bez przytulenia, bez wsparcia silnych męskich ramion – nawet, jeśli miałoby być ono wspomnieniem spotkania – jednego z tych, które było w przeszłości; obietnica tych, które będą w przyszłości.

W nocy budzę się ze snów, w których nie jestem samotna. Tylko sny dają mi jeszcze namiastkę tego, czego tak bardzo mi brak. Sny oraz przypadkowe spotkania, których kontynuacji brak.

Ostatnio utkwiło mi w głowie takie zanurzenie w męskich ramionach. Chwilowe, choć dla mnie pełne empatii. Swojego rodzaju zjednoczenie w okrutnej rzeczywistości, pokazujące, że nie jest się samemu. Przynajmniej nie zawsze.

I ta chwila teraz boli okrutnie, ponieważ wiem, że to pojedynczy uścisk bez następstw. Z drugiej jednak strony była to mała pociecha, wyrwanie ze smutku, w którym pogrążam się codziennie. W przypadku kobiet takich jak ja – które do życia, tak samo, jak oddychania, potrzebują spełnionej miłości – każdy dzień bez niej, nawet, gdy wszystko inne układa się tak, jak trzeba, jest ciężarem. Mniejszym bądź większym, ale ciężarem.

Pytam się Boga, czemu akurat taką mnie stworzył. Na razie odmawia odpowiedzi. Pytam się, czemu mi nie pomaga. Potem jednak jak zwykle dochodzę do wniosku, że pewnie mi pomaga, tylko ja jestem ślepa. Nie widzę tego, zza zasłony łez.

Gdzie jesteś, Ukochany? Mój przyszły Mężu, kimkolwiek jesteś?

Pytam. I znów uciekam w świat ciężkiej pracy, po której przychodzi czas osiągania sukcesów. Uciekając, szukam odpowiedzi, walczę o to, by zachować wiarę. W końcu obiecałam sobie, że wytrwam, bez względu na koszty?

Cena codziennego zawierzenia jest dla mnie cholernie wysoka. Szczególnie, że marzyłam o tym, by w wieku 20 lat być szczęśliwą mężatką. Miesiące lecą, a we mnie rośnie pustka. Zbliżają się moje 24 urodziny. Wiem, że jestem młoda, że jeszcze jest czas – jednak jego upływ sprawia ból.

Gdzie jesteś, Ukochany? Pytam w cichości serca.

I zaglądam na FB. Gdy rzeczywistość jest dla mnie za ciężka. Dostarczam sobie znieczulenia. W momentach kryzysowych nawet tak durne marnowanie czasu mnie nie rusza. Grunt, że jest jeszcze jakaś forma znieczulenia. Coś, co działa, choć na chwilę.

Kiedy już się znieczulę, wrócę do pracy. Wytężonej. Brak czasu na prywatne życie też pomaga. Szczególnie, gdy zmęczona pracą po prostu padam na łóżko, nie myśląc już o niczym innym. Boli mniej.

PS: a tu – jak na ironię – zbliżają się kolejne Walentynki. Kiedyś święto mi obojętne, teraz szczerze znienawidzone. Prawdopodobnie spędzę je w pracy, dzięki Bogu.