Nawrócenie

Nawócenie

Niektórzy mówią, że dobrze jest się nawracać codziennie. Z tym się nie zgodzę, gdyż codzienność jest dla mnie miejscem do zmian. Dla mnie nawrócenie to coś, co może być motorem do zmiany, ale jest od niej doświadczeniem odległym.

Nawrócenie nie jest dla mnie procesem ani jednorazową decyzją. Nie jest czymś co zdarza nam się w każdej chwili życia, gdy zawracamy ze ścieżki, która prowadzi do duchowej śmierci. Nie jest również decyzją. To wszystko ma swoje miejsce w procesie towarzyszącym nawróceniu.

Najpierw pojawia się myśl o tym, że chyba nie wszystko w naszym życiu gra tak, jak powinno. Ewentualnie wydarza się coś, co przypomina mentalne oberwanie kijem bejsbolowym po głowie. Potem jest NAWRÓCENIE, następnie decyzja o podjęciu jakiejś zmiany. Konkretnej.

Kiedy już mamy plan działania przez jakiś czas zmagamy się ze sobą, aby go wprowadzić w życie. Więcej modlitwy, porządek w pokoju, chęć zdania egzaminu – każdy cel wymaga podjęcia trudu wdrożenia teorii w życie. Robimy to więc, tracąc zapał w obliczu przeszkód, a odzyskując go, gdy coś nam się uda.

A czym jest nawrócenie?

Trudno mi opisać to doświadczenie – bo nawrócenie jest doświadczeniem ze styku dwóch rzeczywistości. Przeżyłam je już dwa razy. Najpierw w grudniu 2009 roku, na Kursie Filip. I teraz, dwa tygodnie temu.

Zaczęło się, gdy zostałam po Mszy w kościele czekając na kapłana, który miał ze mną porozmawiać. Gdy wyrzuciłam z siebie ból, a na spowiedzi wyznałam głębię swojego upadku. Bo, mili moi, upadłam bardzo nisko. Niżej niż kiedykolwiek.

Jestem osobą wrażliwą i widzę wiele rzeczy na zupełnie innym poziomie niż zapewne większość moich „rówieśników”. To, co mnie przeraziło, to moja mentalna zgoda na to, by bliskość fizyczna z mężczyzną stała się tylko rozrywką. Duchowym plasterkiem na ogromną ropiejącą ranę, który sprawiłby, że przestałaby ona tak boleć, chociaż na chwilę. Aż do zalepienia jej kolejnym plasterkiem podobnej wątpliwej jakości…

Była to mentalna zgoda została wyrażona pocałunkiem. Na szczęście tylko pocałunkiem. Uwierzcie mi jednak, żaden grzech do tej pory, żaden z licznych upadków nie był tak bolesny. W tej decyzji była moja kompletna bezradność i poczucie przegrania wszystkiego, o co walczyłam, o co się starałam. Chęć natychmiastowego znieczulenia się, zaspokojenia pragnień, co pozwalało na chwilową ulgę. I pojawienie się niedopowiedzeń, niespełnionych obietnic, sugerujących ciąg dalszy.

Zawróciłam z tej drogi – z drogi, którą udało mi się ominąć w grudniu 2009, gdy byłam bliska wejścia na nią. W dniu, w którym poczułam, że duchowo już nie żyję, Bóg wrócił mnie do życia.

I to doświadczenie duchowej śmierci połączone z niesamowitym doświadczeniem Bożej Miłości, która wskrzesza nawet największego grzesznika – to moje ostatnie doświadczenie nawrócenia.

Ostatnie dwa tygodnie przyniosły mi wiele pięknych chwil, pokrzepiających słów, wsparcia. Odczułam na własnej skórze skuteczność kapłańskiego błogosławieństwa. Spowiedź zaczęła być dla mnie rzeczywistym spotkaniem z Bogiem – spotkaniem, w którym nie tylko widzę głębię zanurzenia w grzechu, lecz o wiele większą głębię miłosierdzia. I tę ogromną MIŁOŚĆ.

Miłość, która nie odrzuca. Miłość, która przygarnia człowieka. Kogoś, kto – podobnie jak ja – już siebie skreślił i tylko chce umrzeć, by więcej nie patrzeć na swoje odbicie w lustrze. W końcu skoro jest już się w duchowym grobie… Ja już nie mogłam zaakceptować siebie, nie mogłam ze sobą wytrzymać, po spowiedzi spojrzeć księdzu w oczy – a tu proszę. Jezus przychodzi ze swoją Miłością i mówi – ale Ja przecież chcę być przy tobie! Pozwól Mi na to!

Nawrócenie dla mnie to niesamowite doświadczenie kontaktu z Bogiem, które rozbija pewne narastające schematy. Zniechęcenie, utrata nadziei, marazm, rutyna – rzecz ludzka. Bóg jednak ma swoje sposoby, by zadziałać. Wystarczy mieć w sobie choć cień wrażliwości, poczucie, że chyba nie po to nas Bóg stworzył, byśmy siedzieli w duchowym grobie. Niewiele trzeba, by Stwórca pomógł nam wrócić do życia. Bardzo niewiele..

Mam nadzieję, że już nigdy nie zapomnę o swoim przeznaczeniu. O tym, że moje życie jest w Bogu. Koniec, kropka. Ostatnie odejście od Niego było bolesne również (a może przede wszystkim?) dlatego, że w serce mam wpisaną bliskość Boga. Żyję, ponieważ On JEST. Gdy odchodzę, zaczynam umierać.

I nie są to nędzne metafory egzaltowanego poety. To moja rzeczywistość.