Nauka na etat

Nauka na pełen etat

Ci, którzy myśleli, że na urlopie zdrowotnym będę się nudzić, bądź – nie daj Boże! – odzwyczaję się od przyswajania studenckich porcji wiedzy będą zawiedzeni. Ostatnio pobiłam swoisty rekord nauki… na 3/4 etatu.

Ponad 30 godzin – tyle w poprzednim tygodniu poświęciłam na samo rozwiązywanie zadań z matematyki i fizyki. Wczoraj to było „jedynie” 8 godzin. Prawdziwy dzień pracy!

Przyznam, że nie byłoby to możliwe, gdybym się nie „wylogowała” z fejsika. Oczywiście, ZDARZA mi się zaglądać – w końcu jakoś muszę prowadzić fanpage, nie sądzicie? 😀 Mimo wszystko ilość spędzonego czasu przy komputerze wzrasta odwrotnie proporcjonalnie do ilości czasu spędzonego na nauce. Czyli – po ludzku mówiąc – spada…

Matematyka i fizyka. Do żonglerki naukowej powoli dołączam informatykę. Oczywiście, uczęszczam również na zajęcia do Centrum Myśli Jana Pawła II (BTW, trwa rekrutacja na 2 semestr zajęć!). Edytuję książkę. A! Wspomniałam o nauce angielskiego? I znajduję jeszcze czas na modlitwę, jedzenie i sen. 😉

Pierwszy „semestr” urlopu zdrowotnego to był czas przemyśleń i oswajania się z różnymi sprawami. Z tym, że „zdrowie już nie to” (czyli muszę karnie brać leki, inaczej bywa mało zabawnie…). Że mam za sobą co mam, że czas to zaakceptować. Ciekawe jest to, że w swoich myślach coraz częściej podejmuję odpowiedzialność za swoje działania (czyli w miejsce „autobus mi zwiał” wstawiam „wyszłam za późno z domu” 😉 ).

Zachodzi wiele zmian. Jeśli miałabym powiedzieć, co mnie cieszy w nich najbardziej, która dała mi najwięcej radości – nie mogłabym wybrać. Po pierwsze dlatego, że dużo ich. Po drugie, ponieważ większość jest bardzo mała, nawet na początek nieuchwytna – po jakimś czasie zaś nagle okazuje się, że była to zmiana kluczowa dla dalszego „zdrowienia”!

Tak, nazywam ten proces „zdrowieniem”. Leczeniem się ran. Przestałam rozdrapywać mentalne rany – może dlatego, że znów życie uderzyło mną o posadzkę? I jakoś przekonałam się, że lepiej skoncentrować się na celu, niż patrzeć, czy tu już się zagoiło, a tam jeszcze chyba nie… To, o czym piszę, zdaje się być proste, zarazem jest bardzo trudne i ulotne. Zależne od dnia i nastroju.

Jedna nie zastanawiam się już tyle nad różnymi dziwnymi sprawami. Czemu jestem sama? Czego chcę od życia? Dokąd podążam? Czemu akurat mnie spotkały te konkretne nieszczęścia? To są pytania z „dużym” ładunkiem nie tylko niewiadomej tudzież zmiennej (ponieważ trudno jest na nie odpowiedzieć jednoznacznie i ostatecznie), lecz także emocjonalnego obciążenia. Skoro o tym myślę, skoro zadaję sobie takie egzystencjalne pytania, to coś ze mną nie tak, prawda?…

Jest taki lek, który działa na te rozważania jak maślanka na kaca (a ta ponoć działa baaardzo szybko). To świadomość zbliżającej się matury. 8 maja piszę fizykę, 9 – matematykę, a 20 – informatykę. Czyli – czasu zostało bardzo niewiele, a materiału do opanowania dość dużo, choć i tak – nawiasem mówiąc – jest on tak okrojony, że aż żal serce ściska…

Więc czas wykorzystuję do ostatniej kropelki. Prowadzenie bloga stało się odskocznią, dzięki której jeszcze jestem humanistą…

A, tak przy okazji refleksji humanistycznych…

NA MATURZE Z MATEMATYKI NIE MA COTANGENSA!!!!! ROZUMIECIE TO???

Bo ja nie… i jakoś tak nie jestem w stanie się przestawić na to, że jest sin x, cos x, tg x, ale ctg x to już wiedza tajemna zarezerwowana dla studentów… Cholerny świat…

Ale o tym inną razą.

CTG