Czwarta nad ranem…

Czwarta nad ranem

Rzadko zdarza mi się nie spać o tej porze. I jakoś nie mam ochoty spać. W mojej głowie kłębią się setki myśli…

Szczególnie frapujące są te na temat wiary. Oto przeżywam nawrócenie – i znów, po chwilowym zastrzyku duchowej energii, oddalam się od tego, co dla mnie ważne. Na rzecz? Na rzecz plasterka, który da mi poczucie normalności.

Długo nie chodziłam na żadne imprezy. Po prostu nie i już. Źle się czułam w towarzystwie bawiących się ludzi. Dziś to się zmieniło – jestem w stanie jakoś wtopić się w tłum bawiących. I samej nieźle się bawić.

Zastanawiało mnie, czemu nie potrafię się bawić. W końcu nie ma nic złego w zabawie – byle zachować umiar. Wiara nie zabrania mi zabawy, wskazuje zaś, by nie przesadzać.

Dziś odkryłam – choć to nie nowość – że moje liczne problemy wynikają z faktu nieakceptowania siebie. Po prostu w mojej głowie wciąż jest myśl, że ja na relację z Bogiem muszę zasłużyć. Że muszę się starać, nie grzeszyć, bo inaczej Bóg się odwróci ode mnie. A że ideałem nie jestem, sami możecie dopowiedzieć sobie resztę.

Nie czuję się w tej sytuacji komfortowo. Istnieje we mnie ogromny konflikt na linii dążenie do ideału – życie. Wiara – życie.

Z jednej strony mam swoją wizję siebie. Wizję, którą realizuję. Z drugiej strony Bóg ma plan, w którym – zakładam – na pierwszym miejscu jest przekonanie mnie o Jego bezgranicznej miłości. O tym, że naprawdę nie muszę się tak starać, by On chciał mnie dojrzeć. Nie muszę być ideałem. Gdyż On mnie kocha taką, jaką jestem.

Takie restrykcyjne podejście do siebie – w końcu wciąż błądzę więc w swoich oczach nie zasługuję na wiele… – skutkuje wybuchami rozpaczy, gdy już nie mam siły trzymać się w ryzach. Gdy nadchodzi taki moment, staję się inną sobą. Sobą, którą nigdy nie będę, ponieważ dominacja tej cząstki sprawiłaby, że przestałabym być kimś, kim teraz jestem. Z kim się oswoiłam.

Zastanawiam się, gdzie w tym jest Bóg. Czemu wikłam się coraz bardziej, szukając choć chwili wytchnienia dla zranionego serca, nie znajdując zbytniej ulgi w Bogu. Czy mam żyć z tym rozdarciem? Czemu? Co takiego robię źle, że wciąż jest jak jest? A może po prostu tak ma być? Mam być właśnie tak poranioną istotą, całopalną ofiarą, której dylematy i cierpienie ofiarowane za innych wypraszają potrzebne łaski?

Trzymając się resztkami sił tego, co jeszcze jest dla mnie ważne zastanawiam się nad sensem swojej wiary. Choć określam się jako rzymski katolik jestem wciąż osobą poszukującą. I niespokojne będzie moje serce, dopóki nie spotkam się z Bogiem po drugiej stronie.

Najwyraźniej tak ma być. Brodzę więc w ciemnościach, szukam odpowiedzi na pytania, cierpię – zapewne po to, by pokazać światło i piękno wiary innym.

I tylko pytania kołaczą mi się po głowie – gdzie w tym jest Bóg? Czego dla mnie chce? Czemu boję się Go prosić o cokolwiek? Czemu nie mam w sobie cierpliwości i innych cech potrzebnych do tego, by za Bogiem iść – i zaufać? Czemu?

Czasem trzeba odłożyć pytania na bok. Uznać swoją bezsilność. Potańczyć, przyjrzeć się miłej twarzy, przytulić do człowieka, którego darzy się sympatią. Zaśpiewać „sto lat!” w trzech językach. I potarzać się w śniegu.

A potem pójść spać mając nadzieję, że po tych kilku godzinach snu odpowiedzi pojawią się same. Albo pytania staną się nieco prostsze.