Nadzieja na nadzieję

Nadzieja na nadzieję

Mam nadzieję. Na to, że wciąż będę miała nadzieję. Choć świat podpowiada mi, że nie warto walczyć, że nie warto czekać, że lepiej popłynąć z prądem. Jak zdechła ryba… A ja mówię nie. Mając nadzieję, że kiedyś te moje nadzieje się spełnią.

Czym dla mnie jest nadzieja? Wiarą w to, że los się odmieni. Że choć teraz jest źle, to nie może być tak cały czas i że kiedyś, prędzej bądź później, pojawi się w moim życiu więcej światła. Szczególnie wiele nadziei, chwilami rozpaczliwej, wiążę ze znalezieniem odpowiedniego kandydata na męża, co dla inteligentnej dziewczyny stanowi nie lada problem (niestety panowie, z tego co widzę, nie widzą ich w roli wybranek serca, prędzej przyjaciółek od serca…). Nadzieja, wszędzie nadzieja. Że będzie inaczej.

Nadzieja jest człowiekowi dana, aby chronić w nim jakiś skarb. (…) Skarby są rozmaite. I stąd rozmaite są też nasze nadzieje. Jedne są jawne i zewnętrzne, o nich łatwo przychodzi nam mówić, inne wewnętrzne, ukryte, o tych wolimy milczeć.

Cicha nadzieja na… jaki skarb może kryć się w niewypowiedzianej nadziei? Może jest to bardzo krucha myśl, którą trzeba chronić, a która mówi: nie chcę jej stracić? Dopóki jest nadzieja, dopóty człowiek chce żyć, bo wierzy w zmianę. W to, że może jeszcze jakoś sterować swoim życiem, a jeśli nie, to w to, że Bóg ma go w swojej pieczy. Kiedy nie ma nadziei, zaczyna się piekło. Kiedy człowiek wyczuwa, że długo musi czekać na spełnienie nadziei, wchodzi do czyśćca…

Człowiek wtedy może powiedzieć, że naprawdę ma nadzieję, gdy wie, że gdzieś ktoś na niego czeka. Kiedy człowiek uświadomi sobie, że go już nikt nigdzie nie oczekuje, wtedy traci nadzieję. Bo ludzka nadzieja rodzi się dopiero z czyjegoś serdecznego oczekiwania.

Kiedy inne nadzieje zawiodą, przynajmniej zostaje nadzieja, że nie jest się obojętnym innym ludziom. Chociaż jednej ukochanej osobie. A kiedy jej zabraknie?… A kiedy kolejni ludzie zawodzą?… Wtedy zostaje nadzieja, że Bóg na nas czeka, i choć tutaj cierpimy, tam przyjmie nas z otwartymi ramionami. Bez tej nadziei życie, kiedy wszystko co mogło zawaliło się, a na horyzoncie nie widać szans na zmiany, traci jakikolwiek sens.

Ta nadzieja, że Bóg czeka po drugiej stronie, trzyma mnie często przy życiu. Motywuje, by mimo wszystko nie poddawać się, tylko być w ciągłym ruchu, w pasji tworzenia, pomagać innym… by dobrze wykorzystać otrzymane od Niego dary. Bo on czeka.

Dopiero oczekiwanie rodzi w nas nadzieję. Aby powstała wielka nadzieja, musi być wielkie oczekiwanie – wielkie jak tęsknota. Mniejsze oczekiwania budzą w nas mniejsze nadzieje. Wielka serdeczność Boga budzi w człowieku najmocniejsze nadzieje.

Aby mogła pojawić się nadzieja, musi być tęsknota. Za lepszym życiem, zarobkami, za znalezieniem partnera / partnerki życia. Ale i za tym, co nam się wymyka, za relacją ze Stwórcą. Za Spotkaniem przez duże „S”.

Jak to się dzieje, że nadzieja zbawienia potrafi stać się największą nadzieją życia? Świat uczy nas, że nic nie jest pewne. Że ludzie chcą zniszczyć innych, zdeptać, oszukać. Że nie można nikomu ufać, że nawet najbliżsi w chwilach próby potrafią nawalić.. Może się okazać, że nagle w szpitalu jesteś sam, bo wszyscy boją się Ciebie odwiedzić.

Ale zdarza się też tak, że ci nam najbliżsi sami stoją w obliczu trudności, i próbują sobie poradzić. Zwykle jeśli coś się zaczyna walić, to potem pojawiają się – jak w efekcie domina – kolejne problemy i trudności. I w domu, i w pracy, i w innych miejscach bądź ważnych dla nas sprawach, aspektach życia. Kiedy problemy dwóch bliskich sobie osób nagle występują w tym samym czasie trudno jest przetrwać, nie otrzymując potrzebnego wsparcia, ale i samemu nie będąc w stanie go dać komuś innemu.

Wtedy okazuje się, że jedyną nadzieją jest Bóg. Wiara w to, że wysiłek, z którym pokonujemy trudności, nie idzie na marne, że wyda w swoim czasie owoc. I że Bogu nie jest obojętny los łamanego przez życie człowieka.

Takiej nadziei trzymają się ludzie poświęceni Bogu, konsekrowani. Ale nie tylko. W naszym świecie coraz częściej małżeństwo jest czymś tymczasowym, a ludzie, którzy chcą, by było wartością, też chwytają się tej rozpaczliwej nadziei związanej z osobą Boga. Inaczej trudno by było przeżyć rozpad relacji, która miała trwać do śmierci a przetrwała dwa, trzy, pięć lat…

Wołając po imieniu, Bóg pokazuje zarazem człowiekowi największy skarb jego nadziei. Cóż jest tym skarbem? Skarbem jest ślad pozostawiony przez Boga w sercu człowieka.

Zatem mamy jeszcze inny rodzaj nadziei – taki, który pozwala wierzyć, że pomimo życia w tym świecie, pomimo jego brudu, zachowamy w sobie piękno Boże. Ustrzeżemy ten skarb.

Gdyby była pewność, że skarb nie zginie, nie byłaby potrzebna nadzieja. Ale skarb jest mały i kruchy – jak dziecko.

Zwykle to, co w życiu ważne (oraz to, co najważniejsze) jest kruche. I łatwo to zniszczyć. Co zatem trzeba zrobić? Walczyć o to, by to, co najpiękniejsze, najwspanialsze w człowieku, ta iskra Bożej obecności, dzięki której jesteśmy tacy piękni – by przetrwała. By zapłonęła jak ogień. Ale trzeba do tego mieć nadzieję – że jak będzie źle, nie poddamy się, że Bóg o nas pamięta, że będzie zawsze, ze względu na tę iskrę (i w tej iskrze)…

Walka to trudna sprawa. Trudno się walczy dzień po dniu, mając tylko nadzieję, że może coś się zmieni, a jak nie, to że przynajmniej po drugiej stronie ujrzymy owoce walki. A jakie mogą być owoce nadziei? Tischner mówi:

Owocem nadziei jest wierność.

Nagle okazuje się, że ta nadzieja, która jest potrzebna, RZECZYWIŚCIE potrzebna do ŻYCIA, to nadzieja związana z Bogiem, Jego obecnością. Wszystko inne z niej wypływa. Jeśli jej nie ma – inne nadzieje łatwo obrócą się w nicość. Jeśli nie wierzę, a nagle wali mi się świat, to co mi zostaje? Nadzieja, że uda się go odbudować. A gdy i ją się zabierze? Wtedy zostaje piwo w ręce i ogłupiający internet. Bądź inne formy znieczulicy, udawania egzystencji.

Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że tylko mając nadzieję zahaczoną o Boga można żyć pełnią życia. Uciekać od wszystkiego, co może znieczulić, a oddalając od walki o życie, o pełnię życia, oddala od Boga.

Bardzo często mam ochotę się upić. Ale nie piję przez rozum. Bo wiem, że moja nadzieja jest zakorzeniona w Bogu więc lepiej wystrzegać się znieczuleń. Może się okazać, że nic się nie stanie, ale może się okazać – i to jest dość prawdopodobne – że zamiast rozpracować towarzyszący mi ból i ofiarować go Bogu zatopię smutki w trunkach. Dopóki wystarczy pieniędzy.

Jaki to ma sens? Tęsknota za normalnym życiem przypomina mi o moich ułomnościach i trudnościach teraz. Wolę jednak – mimo wszystko – przeżyć ten czas świadomie i owocnie, walczyć, by też pokazać innym, że można, nie trzeba korzystać ze znieczulaczy, można działać… Poza tym to moje cierpienie, przemienione przez Jezusa, może właśnie komuś pomaga wyjść z nałogu, a może przejść z czyśćca do Nieba…

Ale ja jeszcze – jak widzę po dopiero co napisanym tekście – mam jeszcze nadzieję. A przynajmniej nadzieję na nadzieję…

W nadziei wszystko zmierza do tego, ażeby człowiek był wierny. Ten, kto traci nadzieję, staje się gotowy do zdrady. Być wiernym to mieć stale jedną i tę samą, największą nadzieję.

Cytaty pochodzą z kazania „Owoc nadziei” wygłoszonego przez ks. Tischnera w Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi, 1 stycznia 1981 roku, opublikowanego w książce „Wiara ze słuchania”, Kraków 2009.