W kręgu anonimowych mnichów

W kręgu anonimowych mnichów

Czy samotność może mieć sens? Na co dzień widzę dookoła siebie szerokie spektrum postaw. Od celibatariuszy zaczynając, na singlach i „osobach wyzwolonych” kończąc. Obok, w nurcie sztuk wyzwolonych, wyrasta inny sposób patrzenia na samotność.

Wspomina o nim Ojciec Opat Bernard Sawicki OSB w książce „Męskie myślenie”. Na czym polega anonimowy monastycyzm? Jak można zastosować teorię w praktyce? Przeczytacie – zobaczycie.

Jak wspomina Ojciec czas studiów w Warszawie?

Mile, ponieważ było to coś, co lubiłem i co przynosiło jakiś efekt. Nie tylko czułem, że się rozwijam, ale również, że uczestniczę w jakiejś – dość fajnej – sprawie. Studiowałem na Akademii Muzycznej. Cały czas miałem możliwość kreatywnego działania. Zajęcia były w większości indywidualne, ewentualnie w niewielkich grupach. Na ostatnim roku drugiego kierunku już sam prowadziłem zajęcia. Miałem możliwość pozostania na uczelni. Było to dla mnie bardzo ważne i motywujące, podobnie jak fakt, że dano mi od razu wolną rękę co do formy prowadzenia zajęć. To było bardzo ciekawe doświadczenie.

Jak bardzo zmieniło się życie Ojca po przyjściu do Tyńca?

Diametralnie. Po pierwsze, przychodząc tu nie wiedziałem, na czym polega życie w klasztorze. Po drugie, życie tutaj było uporządkowane, było w co się wpisać. Niewątpliwie pozytywem było przeżywanie tej decyzji jako świadomego rzucenia się w ramiona Bożej Opatrzności. Wcześniej, studiując, nie wiedziałem jak będzie wyglądało moje życie w przyszłości, czy będę w stanie utrzymać się będąc muzykiem. Życie jest żywiołem, w którym człowiek może popełnić wiele błędów. Idąc do klasztoru przynajmniej miałem pewność, że jeśli zastosuję się do panujących zasad, będzie to dla mnie właściwe. Potem okazało się też, że jest tu fortepian i że mogę na nim ćwiczyć. To znaczy, że – być może – Pan Bóg chce, bym utrzymywał kontakt z muzyką – choć może w innej formie. Z czasem okazało się, że odnajduję również pewne wartości na innych płaszczyznach, nieprzewidywalnych wcześniej – takich, jak na przykład filozofia, teologia, chorał gregoriański.

Zadałam te pytania, ponieważ zastanawiam się, czy są jakieś punkty styczne pomiędzy życiem osoby świeckiej i osoby duchownej, mnicha?

Myślę, że w pewnych węzłowych miejscach takie punkty muszą istnieć. Każdy ma swoją egzystencję i związane z nią problemy zasadnicze. Każdy zastanawia się, po co żyje. Raczej nikt nie chce tego życia zmarnować. To jest główny wspólny mianownik każdego śmiertelnika i …mnicha. Oczywiście sporo, może nawet większość ludzi, takie pytania oddala od siebie. Żyje powierzchownie. To jednak nie znaczy, że nie dopadnie ich kiedyś chandra.

Wydaje mi się, że świadomość życia na świecie i w klasztorze płynie jednakowo intensywnie. Pojawia się pytanie, co z nią robimy. Na świecie człowiek podejmuje pewne decyzje. Wszelkie nasze wybory powinny być czynione konsekwentnie. Każdy musi również pilnować żeby to, co robi było faktycznie uczciwe, rzetelne. Może jest to idealny obraz, ale w klasztorze decyzje i wybory wyglądają inaczej. Istnieje tu wszakże pewna jakość życia. Bez względu na to, czy ktoś jest mnichem czy nauczycielem, powinien jednakowo solidnie wykonywać swoją pracę. Natomiast mnich ma o tyle łatwiej, że ma stworzoną przestrzeń pewnej „higieny” swojej egzystencji, czyli ma czas na modlitwę, refleksję i pracę nad sobą, motywację. Ma też narzędzia, czyli sakramenty, współbraci, przełożonych. W świecie tego może nie być. Jeśli nawet ktoś czuje, że idzie niewłaściwą drogą może się zdarzyć, że będzie się szamotać, nie trafi na właściwych ludzi albo poobija się od różnych trudnych sytuacji. Klasztor (zasadniczo) jest bardzo przyjaznym środowiskiem żeby dobrze swoje życie przeżyć.

W książce „Męskie myślenie” mówi Ojciec o anonimowym monastycyzmie. Jaka jest geneza tego pojęcia?

Jest ona wynikiem moich obserwacji czy analiz, głównie życia ludzi bardzo przejętych swoją egzystencją, swoim miejscem w świecie. Niekoniecznie musieli oni wierzyć w Pana Boga, pewne rzeczy wiedzieć czy rozumieć, ale w swoim życiu byli aż do bólu uczciwi. W czasie ostatniej fazy mych studiów teologicznych mogłem przyjrzeć się kilku takim postaciom i jednocześnie analizowałem na czym polega istota życia monastycznego. Doszedłem do wniosku, że – jak wcześniej powiedziałem – istnieją pewne wspólne wątki które pozwalają na taką analogię. Ludzie żyjący w świecie uczciwie, z pasją, uczestniczą również w jakimś wysiłku ascetycznym, są zdolni do poświęcenia. Są to ludzie wykraczający poza doczesność. Mają oni jakiś kontakt z transcendencją. Jaki? Chociażby poprzez sztukę, przez głęboką refleksję filozoficzną, naukową, czy nawet poprzez jakieś działanie społeczne, które tworzy nową jakość, wykracza poza doczesny porządek. Ci ludzie funkcjonują podobnie jak mnisi, którzy też od początku istnienia monastycyzmu żyli z pasją. Oczywiście, u nich to było życie zgodne z Ewangelią . Ale jeżeli wiem, że kultura monastyczna istnieje też w innych religiach, głównie w buddyzmie, hinduizmie, gdzie trochę inaczej wygląda teologia, to monastycyzm jest postawą pewnego rzetelnego, głębokiego zaangażowania egzystencjalnego. Pełnego z jednej strony entuzjazmu, pasji, a z drugiej strony – ofiarności. Mnich, asceta – to jest ktoś, kto nie idzie na kompromisy. To radykalizm jak również postawa charyzmatyczna. Ten ktoś jest znakiem, nie można koło niego przejść obojętnie. Zawsze, w każdej kulturze są tacy ludzie, którzy wyznaczają kierunek.

Nie trzeba zatem być koniecznie mnichem, by realizować te idee?

Czasami jeżeli nawet ktoś nie wstępuje do klasztoru, mówi się, że żyje jak mnich, że jest samotnikiem, czy entuzjastą. Takie osoby mogą się nawzajem inspirować. W dzisiejszym świecie, kiedy potrzebujemy takich świadków, wydaje mi się, że jest to rodzaj pewnego powinowactwa, pewnej bardzo potrzebnej analogii. Tutaj dużą inspiracją była dla mnie książka niedawno zmarłego, w Polsce może nieznanego Raimundo Panikkara „Błogosławiona prostota. Mnich jako powszechny archetyp” („Blessed simplicity. The Monk as a Universal Archetype”). Pokazuje ona zarys teorii głoszącej, że mnich jest archetypem pewnej uczciwej, głębokiej postawy egzystencjalnej człowieka. I każdy, żeby być człowiekiem, musi być w jakiś sposób mnichem – czyli być świadomym, zaangażowanym, ofiarnym, pozostając jednocześnie jakimś znakiem dla innych. To jest istota poglądu anonimowego monastycyzmu. I podobnie jak Dietrich Bonhoeffer, Karl Rahner, czy inni teologowie XX w. zauważał, że w dzisiejszych czasach, kiedy deklaracje są czymś mało przekonywującym, liczy się fakt, że wielu ludzi którzy deklaratywnie nie są katolikami czy chrześcijanami, żyją jak chrześcijanie – chociaż wcale może tym nawet nie wiedzą, nie afiszują się z tym. Podobnie jest z monastycyzmem. Monastycyzm jest pojęciem trochę szerszym, niż chrześcijaństwo. Zasadniczo chodzi w nim o pewną postawę moralną, egzystencjalną.

Mówił Ojciec o samotności, czyli – przykładowo –jeśli wyjdę za mąż to już nie będę spełniać warunków bycia „anonimowym mnichem”?

Myślę, że akurat jedną z charakterystyk mnicha jest samotność, szczególnie ta doświadczana w bezżeństwie. Małżeństwo ma swoje zadania i jest czymś ważnym, w rzeczywistości wyklucza się jednak z monastycyzmem. Dyskutuje się dzisiaj o możliwości zniesienia celibatu dla księży diecezjalnych. Jest to teoretycznie możliwe, jednak mnich – jeśli do końca świata będą jeszcze mnisi – zawsze będzie kimś, kto żyje w celibacie. Miłość małżeńska jest piękna, ale tam trzeba być otwartym na drugą osobę – męża, żonę Nie można „dwóm panom służyć”. Z małżeństwa bierze się nowe życie, obie osoby muszą być maksymalnie sobie oddane.

Jeżeli ktoś z czytelników odnajdzie się w tym opisie, jaką by Ojciec dał radę, jak przeżyć to powołanie dobrze?

Powołanie anonimowego mnicha? Pomocą najbardziej standardową byłby kontakt z jakimś opactwem mniszym klasztorem, czyli próba odniesienia swojego życia do konkretnej wspólnoty: pewien rytm, Reguła i modlitwa. Natomiast, oczywiście, można też żyć chociażby w mieście, w jakimś działaniu, swoim studiu – przestrzegając jednak pewnych zasad. To są odniesienia uniwersalne, czyli muszą być pewne wartości, nadrzędna misja, której poświęcam życie. Z tej misji wynikają bezkompromisowe standardy działania. Tutaj jako przykład można podać od wielu lat interesującą mnie postać kanadyjskiego pianisty Glenna Goulda. W Akademii Muzycznej im. Chopina, zorganizowano wystawę dziesięć lat po jego śmierci. I wtedy po raz pierwszy się z nim zetknąłem. To jest przykład formy takiego anonimowego mnicha – człowiek, który całkowicie się spalił dla sztuki, bo miał coś do przekazania, miał charyzmat, zdolności, pewien sposób grania. Wycisnął jakieś piętno na muzyce, na świecie. Ale jak się popatrzy na jego życie – był samotny. Nie wiadomo, czy prowadził w ogóle jakieś życie seksualne. Nie założył rodziny. Nie był w stanie, bo był cały owładnięty pasją grania. Jednocześnie kosztowało go to wiele wysiłku. Wszystko było skupione na maksymalnie doskonałym przekazie artystycznym. Dlatego przerwał świetnie rozwijającą się karierę koncertującego pianisty, aby skupić się na nagraniach. W studiu stworzyła się pewna przestrzeń w której mógł on spełnić swoją misję, rodzaj takiej enklawy –klauzury oddzielającej go od świata. Kiedyś próbowano nagrać w Toronto, w którym mieszkał, film o „jego Toronto”. Mówił, że pierwszy raz w życiu był w różnych miejscach tego miasta. Funkcjonował między swoim apartamentem, restauracją, gdzie jadał obiady, studiem i ewentualnie – wcześniej – salami koncertowymi. To wszystko. Samotność, alienacja- jednakże po to, by jeszcze więcej dawać światu. To jest też niesamowity dowód na charyzmatyczność. Zastanawiające jest, że ludzie cały czas kupują jego płyty. Mało tego, mówią że słuchanie jego interpretacji daje im wiele dobra, pokoju- jakby dotknęli innego świata. Coś właśnie miał do przekazania, trudno to nawet ująć, i rzadko który artysta tak funkcjonuje. Zazwyczaj jest „grzeczny”, ma rodzinę, cywilizowane standardy funkcjonowania. Jeździ po świecie, koncertuje. Taka „normalność” obca była osobowości Goulda. Był on nawet nieco dziwakiem. Mnisi też byli takimi trochę dziwakami. Zresztą opowiada o tym cała książka Cezarego Wodzińskiego „Święty idiota”. To jest nurt, który był bardzo popularny w Rosji, zaczął się jeszcze w monastyrze syryjskim – nurt „Bożych szaleńców”, jurodiwych. To byli ludzie, których życie miało być znakiem sprzeciwu, który wstrząsnąłby społeczeństwem i pokazywał, że są rzeczy ważniejsze. Gould też w pewnym sensie był jurodiwym, dziwakiem. Nie można było przejść obok niego obojętnie, bo przekazywał coś swoim życiem. Podobnie jak mnich.

Podsumowując, to nie jest idea na część życia?

Myślę że nie. To jest tak jak ze Słowackim, taka „siła fatalna”. Wydaje mi się, że tak naprawdę każdy ma w sobie taki płomień i tylko czasem nie chce nam się go rozpalić. Ci, którzy coś osiągnęli, coś znaczą to właśnie ludzie którzy mają mnóstwo pomysłów, ale i czują przymus działania i naprawdę robią rzeczy niespotykane. Wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach, kiedy mnóstwo się dzieje, silna jest tendencja, żeby od tego uciekać. Boimy się i uciekamy w strefę komfortu. Jest nam wygodnie, więc chcemy mieć własną stabilizację, żeby wszystko było tak, jak przewidujemy. Jest to rodzaj pewnej iluzji i trudno powiedzieć, żeby takie życie ostatecznie było życiem. Właśnie zabrzmi to może jako dalej idąca teza, wywodząca się z tego ideału anonimowego monastycyzmu. Nam dzisiaj potrzeba takich szaleńców, wariatów, proroków – żeby zmienili świat, żeby coś zaczęło się dziać. Niestety, bardzo często większość ludzi wchodzi w nijaką globalną standaryzację, typu fast food: MTV, supermarkety. W ten sposób chodzą po jakichś obrzeżach życia. Nie wiem czy właśnie nie trzeba dzisiaj żyć „na całego”, ale z pełną świadomością. A nie „naszprycować” się dopalaczami czy jakimiś innymi namiastkowymi substancjami. Chodzi tu o świadome życie, a coraz trudniej o nie. Ludzie charyzmatyczni są w pewnym sensie niebezpieczni, gdyż tworzą nową jakość, wyznaczają nowe tory. To prekursorzy, pionierzy, którym jest trudno, bo burzą pokój innym – przez co często dostają po głowie.

A mnisi?

Mnisi zawsze byli jakąś marginalną mniejszością, nawet w III w. w Egipcie gdzie było ich parę tysięcy. Ale bez nich Europa, dzisiejsza cywilizacja, nie byłaby możliwa. Bez tych mnichów, którzy szli nawet tutaj, w Małopolsce, karczowali lasy czy budowali klasztor na skale, uczyli ludzi jak hodować ryby, modlić się, pisać i czytać. Mieli ogromny zapał żeby wytrwać przez pokolenia tam, gdzie osiedli. To byli „szaleńcy”. Nie znamy ich imion, żaden z nich nie zostanie wielkim świętym. Dzisiaj takich ludzi potrzeba. Jeżeli ktoś nie chce swego życia zmarnować to myślę, że wręcz nie ma innej możliwości.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Wywiad został opublikowany na stronach PSPO oraz switprzyherbacie.wordpress.com.