Menu Zamknij

„Ale co tam, droga to życie”

Recenzje książek

Hobo. Tajemniczy skrót znalazłam w książce Doroty Warakomskiej „Droga 66”. Przy dalszej lekturze natrafiłam na kolejny ciekawy ślad: „hobo był Jack Kerouac, który siedem lat podróżował po Stanach, a potem w trzy tygodnie napisał książkę W drodze.” (s. 301). A przede mną był właśnie pokaz prasowy filmu, nakręconego na podstawie tej książki. Nie mogłam zatem jej nie przeczytać!

Hobo to skrót od „homeward bound – „w stronę domu” albo od hopping boxcars – „wskakiwanie do wagonu towarowego”.” (s.299n), czytamy u Warakomskiej. Jednak jeśli tylko ta nazwa określałaby bohaterów „W drodze”, to ciężko byłoby ich zaliczyć do tej społeczności. Sal Paradise, Dean Moriarty i ich znajomi przemierzają Amerykę głównie samochodem, czasem innymi zmotoryzowanymi środkami transportu (kiedy samochód już nie jest w stanie dalej „pruć” i o ile posiadają nań pieniądze…).

Jest jednak coś, co charakteryzuje każdego hobo: „Oni chcą być szczęśliwi, ale nie tak, jak nakazuje wzorzec klasy średniej, tylko tak, jak podpowiadają im ich wolne, niczym nieskrępowane serce i umysł” (s. 300). Można się nim stać, ale nie na rok albo dwa – lecz na całe życie. „(…) bycie takim wędrowcem nie zaczyna się w momencie wskoczenia do pociągu i nie kończy w chwili, gdy uda się z niego wyskoczyć. Założenie rodziny, posiadanie domu nie zmienia tego, co jest w człowieku – ducha.” (s.303).

Podobną charakterystykę znajdujemy w posłowiu Anny Kołyszko do wydania „W drodze” z 1993 roku. Tym razem jednak mówimy o „Beat Generation – tak określił Jack Kerouac grupę młodych ludzi, pokolenie poronionej młodości, utraconej wskutek II wojny światowej i jej następstw, ludzi znużonych, sponiewieranych, wypalonych, a zarazem jedynych, którzy, jego zdaniem, zachowali blask życia w oku.” (s. 375)

I właśnie niespokojne duchy niespokojnych ludzi są bohaterami tej książki. Na imię im: Sal, Dean, Marylou, Ed… Każde z nich czegoś szuka. Część z nich nudzi poukładane życie, inni próbują odnaleźć coś, co wydaje im się, że gdzieś leży na tej drodze. Inni osiągają TO COŚ, co na krótką chwilę sprawia, że ich egzystencja nabiera blasku. Cyklicznie uciekają w drogę i wracają do zwyczajnej egzystencji, by skosztować nudy i nabrać chęci na dalsze szalone poszukiwania.

Określam je jako szalone, ponieważ wykraczają poza zwyczajny zestaw rozrywek. Niekończące się popijawy, eksperymenty z narkotykami, ciągły podryw i szukanie seksualnej rozkoszy z jakąkolwiek dziewczyną, byle byłaby chętna. Na deser – szaleńcza jazda po Ameryce, w której brak miejsca na przepisy drogowe. Życie w ciągłym pędzie, w ciągłym szukaniu rozkoszy dla oczu i ciała, w ciągłym chwytaniu nowych bodźców.

Nie jest to jednak życie, które można smakować cały czas. Są takie chwile, gdy trzeba wrócić do normalności, do pracy, wyciszyć się. Sal w międzyczasie pisze książkę, Dean załatwia kolejne rozwody, wstępuje w kolejne związki małżeńskie i płodzi kolejne dzieci. Przychodzi jednak taka chwila, zwykle na wiosnę, gdy robi się coraz cieplej. Wtedy TO COŚ znowu wzywa. Bohaterowie znowu wypuszczają się na szaleńczą wyprawę, z której wracają z nowymi wrażeniami, coraz bliżsi TEGO CZEGOŚ.

Co ciekawe, postacie te nie są z palca wyssane. Anna Kołyszko pisze, iż ukończona w 1951 roku powieść czekała na wydanie 6 lat, między innymi dlatego, że… Kerouac nie chciał zmienić autentycznych nazwisk bohaterów na fikcyjne. Znawcom Stanów i ich historii znane pewnie będą postacie, występujące w tej książce: Neal Cassady (jako Dean Moriarty), William S. Burroughs (Stary Byk Lee), Allen Ginsberg (Carlo Marx), oraz sam Jack Kerouac (jako Sal Paradise). Zatem wszystko wydarzyło się naprawdę…

Powieść tę czytałam z dużym zainteresowaniem, choć główne wątki znałam już po obejrzeniu filmu. Najbardziej ciekawiło mnie to, czy bohaterowie znajdowali to, czego szukali? I dlaczego niektórzy rezygnowali z drogi, inni zaś zostawali na niej? Szaleńczy korowód nazw stanów, miast, mijanych rzek wprowadzał chwilami w obłęd. Piękne widoki zapierały dech w piersiach, choć widać było, że dla bohaterów ani one, ani kolejne muzyczne, seksualne, inne doznania nie zostawały w ich pamięci na dłużej. TYM CZYMŚ był zdaje się sam pęd życia, bycie w drodze. Poczucie, że się jeszcze żyje i że jeszcze można z życia coś wyciągnąć.

Z jednej strony bohaterowie budzili we mnie negatywne emocje. W końcu dookoła mnie jest wielu ludzi którzy w podobny sposób szukają smaku życia, choć nie pędzą z jednego krańca Polski na drugi. Choć w czasach Kerouaca wszystko to było nowe, a teraz już okrzepło i coraz więcej ludzi w podobny sposób poszukuje sensu, wciąż dla mnie pachnie to bezsensem. Szukaniem na siłę radości życia w pędzie, gdzie nie ma miejsca na Boga, bo Bóg umarł, pozwalając na okrucieństwa wojny, a potem na inne, które stają się kolejnymi argumentami dla tego stylu życia i smakowania każdego owocu, nawet zakazanego.

Z drugiej jednak strony uświadomiłam sobie, że każdy w życiu, kto czuje niedobór czegoś, bezsens, rzuca się w jakiś pęd. Rzuca się całą swoją istotą w poszukiwanie lub doświadczanie miłości, systematyczne psucie wątroby trunkami, ale i w poszukiwania mądrości, sensu w Bogu, nauce, pracy, codzienności, podróżach… Mój pęd, moja droga, to dziennikarskie szaleństwo, z którego rezygnuję w roku akademickim. Z bólem, ale i z nadzieją, że znów na wiosnę wypuszczę się w drogę i będę dalej szukać TEGO CZEGOŚ, choć jest ono dość określone i nieosiągalne na tym świecie. Ale jest i jestem TEGO świadoma.

To od nas zależy, w który pęd się rzucimy. A jeśli wejdziemy na drogę podobną do tej opisanej przez Kerouaca, trzeba uważać, by w odpowiednim momencie odejść, dla własnego bezpieczeństwa. Niektórym bohaterom udało się odejść w porę. Innym nie.

Z okazji wejścia filmu „W drodze” na ekrany kin powieść Jacka Kerouaca ukazała się ponownie nakładem wydawnictwa W.A.B. (jest to wydanie IV).