Zmartwychwstał!

Zmartwychwstał!

Po ponad czterdziestu dniach oczekiwania w Kościele zabrzmiało głośne: Alleluja! Żyje Pan! Wczorajsza Liturgia Światła uroczyście rozpoczęła czas szczególnej radości ze zmartwychwstania. W niepamięć odchodzą umartwienia, Pan znów jest z nami! Radość rozpiera serce każdego wierzącego…

Po pierwsze: praca?

Pamiętam Liturgię Światła sprzed kilku lat, kiedy w naszym parafialnym kościele były tłumy. Tym razem szeregi parafian jakby nieco się przerzedziły. Może to tylko chwilowy „ubytek” tych, którzy święta spędzali już w gronie rodzinnym gdzieś w Polsce? Zerkałam również na ludzkie twarze. Czy to wyobraźnia, czy może jednak rzeczywiście wiele z nich nosiło oznaki zmęczenia?

Moje święta zaczęły się właśnie od Liturgii Światła. Dopiero, gdy przekroczyłam próg kościoła zrozumiałam, że oto nadszedł ten długo wyczekiwany czas. Kartki z życzeniami wysłałam wyjątkowo późno. Tak późno, że mam niemalże stuprocentową pewność, że nie doszły na czas. Tak jakoś… nie zauważyłam, że zbliża się Wielkanoc. Nawet poświęcenie święconek odbyło się dla mnie pomiędzy jednym zadaniem a drugim. Chwilowe zatrzymanie przed Grobem Pańskim, ale tylko chwilowe. Krótka modlitwa i lecimy dalej…

Cenny czas

Coraz ciężej jest nam zatrzymać się – choć na chwilę. Czas płynie coraz szybciej, no i, jak mówi pewne przysłowie – czas to pieniądz. Czasem nie mamy już chwili, by spędzić je z bliskimi – po trudach kolejnych pracowitych dni chcemy po prostu pobyć sami… Przyznam, że tak właśnie się czułam w czasie dzisiejszego rodzinnego spędu.

Obecna ciałem, nieobecna duchem. Siedzę przy stole i grzebię widelczykiem w sałatce, a myślami jestem przy ukochanych książkach, na które – z pewnych względów – ostatnio czasu coraz mniej. Również zastanawiam się nad tym, jak wiele pracy przede mną (zaległości uczelniane…), ile tekstów jest do napisania, stron podręczników do przeczytania… Gdzieś w zakamarkach mojego umysłu czają się już kolejne negatywne myśli. Czy ja sobie dam radę, czy nie zawalę, a może lepiej jednak wymówić się bólem głowy…

STOP.

Kiedyś trzeba się zatrzymać. Nawet, jeśli jest tak mało czasu. Wtedy szczególnie należy stanąć na chwilkę i spojrzeć na wiele spraw z dystansu. Stanąć w prawdzie i zadać sobie pytanie, czy to, co mi w tej chwili tak strasznie zaprząta głowę, jest aż tak ważne? Czy świat rzeczywiście się zawali, jeśli nie zrobię czegoś tu i teraz? I to najtrudniejsze, a może warto Bogu zawierzyć, że ten czas ma być czasem świętowania razem z Nim, a nie siedzenia w kolejnych papierach?

Robota nie ucieknie. A czas, który moglibyśmy poświęcić rodzinie szybko zniknie. Niepostrzeżenie pod przykrywką ważnych spraw „uczelniano – pracowych”. Potem zostanie – jak w filmie „Sala samobójców” – żal. Że się nie spędziło z bliskimi więcej czasu, nie zwróciło się na nich uwagi. No chyba, że taka prawda będzie za ciężka do przyjęcia, wtedy zostanie tylko rozgoryczenie i złość na „ten zły los”, co zabrał nam ukochanych…

Quo vadis?

Jezus pyta się każdego z nas dokąd idziemy. Pyta każdego dnia, ale dzisiaj te słowa szczególnie mnie dotknęły. Czy pójdę z Nim świętować? Cieszyć się? Czy zrezygnuję z czegoś ważnego dla mnie i spotkam się z bliskimi? Nie każde spotkanie rodzinne jest sielanką (w końcu z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu 😉 ), ale może jednak warto przełamać się, pojawić i świętować razem? A przy okazji poszukać Zmartwychwstałego w drugim człowieku.

Na koniec nieco refleksji osobistej: ktoś mi kiedyś powiedział, że czas spędzony z rodziną nigdy nie jest stracony. Jestem w tej kwestii nieco rozdarta. Z jednej strony dookoła widzę masę konfliktów, które nagle urywają się na dwa dni świąt – a potem trwają w najlepsze. Szczególnie to święto przemiany powinno budzić sumienia, ale chyba nie do końca tak się dzieje. Z drugiej strony, zawsze warto spróbować raz jeszcze. A nuż tym razem coś się zmieniło. Może kolejne wspólne święta będą lepsze od poprzednich.

Jeszcze raz wszystkim życzę SPOKOJNYCH, RODZINNYCH świąt. Niech te słowa na nowo zapełnią się treścią, którą gdzieś po drodze zagubiły.

Tekst został opublikowany w kwietniu 2011 roku na stronie nataliaswit.wordpress.com.