Światowy Dzień Chorego – i co z tego?

Światowy Dzień Chorego - i co z tego?

Wczoraj Kościół łączył się w bólu z tymi, którzy cierpią. Papież wystosował specjalne orędzie, w którym znaleźć można kilka pokrzepiających słów, nad którymi zadumali się kardynałowie, biskupi, kapłani i lud Boży, który usłyszy o tym w telewizji, radiu bądź przeczyta w internecie.

Podumaliśmy, pomyśleliśmy z troską, po to tylko, by za rok wrócić do tematu. No chyba, że w mediach pojawi się znowu kwestia eutanazji, długich kolejek do specjalistów i fikcyjnych praw pacjenta. Wtedy uniesiemy się świętym oburzeniem, po to, by wrócić do swojego ciepłego świata poza telewizorem, gdzie może i nie ma kasy na wycieczki zagraniczne i dobry samochód, ale jest kołderka, dobra książka, jest za co żyć i za co czasem się napić.

Pozwolę sobie w imieniu części chorych osób wyrazić ubolewanie, które zapewne do adresatów niniejszego tekstu nigdy nie dotrze. W końcu w kościołach nagminnie mówi się kazania do nieobecnych, zatem tekst do nieobecnych nie będzie jakimś specjalnym wyjątkiem.

Cieszę się, że jest taki dzień, i to już od dwudziestu lat, w którym Kościół szczególnie pamięta o chorych. Chwała mu za to, w końcu należy przypominać ludziom o tym, że takie cierpienie jest w świecie, że nawet nasz sąsiad może potrzebować pomocy, wsparcia, zatem dobrze by było pospieszyć z pomocą. Chwalebne jest przypominanie o chorych i cierpiących, o tym, że warto im ulżyć w cierpieniu.

Za to nieco mniej chwalebna jest rzeczywistość, której obraz pozwala przekłuć balon zadęcia ludzi, którzy zatrzymują się na pięknych słowach. Łatwiej jest powiedzieć “współczuję”, niż wczuć się w sytuację drugiej osoby i ofiarować swoją akceptację. Łatwiej jest udzielić rad, niż zastanowić się, czy może bardziej sensowne będzie wspólne pójście do kina. W końcu najłatwiej jest stwierdzić, że – no cóż, takie jest życie, zostawiając drugiego człowieka bezradnego wobec cierpienia.

Łatwo jest mówić o miłosierdziu i współczuciu. Każdy potrafi być ‘mocny w gębie’, nawet mówić mądre rzeczy, nie każdy jednak zwraca uwagę na fakt, że bez uczynków słowa te są niczym. Przy czym warto się przyjrzeć pewnym obiektywnym ograniczeniom w działaniu. Inaczej odbieram postawę papieża, który mądrymi słowami przypomina, nawołuje, sygnalizuje pewne problemy, a inaczej postawę ludzi, którzy usta mają pełne frazesów, i choć mają więcej niż papież czasu i mniej odpowiedzialności niż on nie czują się odpowiedzialni za drugiego człowieka, który mieszka drzwi w drzwi – i powoli umiera, jeśli nie fizycznie, to psychicznie.

Piszę te słowa jako człowiek, który od jakiegoś czasu siedzi w samym środku problemu. Który widzi, jak świat i ludzie w pogoni za ulotnymi pseudowartościami pędzą przed siebie, nie oglądając się za tymi “biedakami”, którzy zostali z tyłu. Pechowcy, których “przypadek” wyeliminował z głównego nurtu życia. Którzy niech lepiej przestaną istnieć, zostaną zabici, a przynajmniej pozostaną w ukryciu, po to, by nie kalać idealnego obrazu świata, obrazu, który tylu modnych, zdrowych ludzi buduje na co dzień.

Pytanie tylko, gdzie są ci modni i zdrowi ludzie. Coraz więcej z nas przechodzi różne kłopoty zdrowotne, coraz więcej ludzi ma w swoim otoczeniu coraz więcej cierpiących. Fizycznie bądź psychicznie. Świat, który daje możliwość dłuższego życia w zdrowiu daje również leki, które przedłużają życie tym, którzy kiedyś chorując na daną chorobę już by nie żyli. Albo w ogóle by nie zachorowali, ponieważ wielu chorób dorobiliśmy się sami, zachłystując się rozwojem, stwierdzając, że człowiek jest Bogiem, a skoro tak, to można wszystko.

Różnica polega nie na braku bądź obecności cierpienia, ale na jego natężeniu i podejściu do niego. Małe cierpienie pozwala przejść nad nim do porządku dziennego z użyciem odpowiedniego znieczulenia. Również to większe, z postawieniem w sytuacji spotkania z własną śmiercią włącznie – może człowieka niczego nie nauczyć. W końcu dążymy do tego, by być piękni i zdrowi, zawsze i wszędzie – a to, co nas spotkało, to tylko przypadek. Coś, z czego potem można się pośmiać, siedząc z kumplami przy piwie. Zdarza się. Maska założona na twarz pozwala dosięgnąć serialowego ideału, wyglądać pięknie, bogato i młodo, choć ani pięknym, ani bogatym (a i czasem młodym) się nie jest. Dookoła nas jest wielu ludzi, którzy nie przyznają się do bólu, bawiąc się w najlepsze. Cieszmy się, póki czas. Póki wątroba wytrzymuje procenty a ciało znosi środki antykoncepcyjne. Póki jest jeszcze kasa na alkohol i fajki. Bawimy się!

Są jednak ludzie, którzy – podobnie jak ja – przeżywają cierpienie jako wyzwanie, jako niechcianą może – ale łaskę, która kształtuje i zmienia. Przeżywanie trudności w taki sposób dodatkowo zwiększa cierpienie. W końcu dla chorych nie ma miejsca na świecie, nie mogą oni liczyć na wielu ludzi, tym bardziej, kiedy do tego cierpienia jawnie się przyznają. Często zdarza się, że przez miesiące pogrążają się po to, by ich cierpienie zostało dostrzeżone dopiero w fazie krytycznej – wtedy, gdy brak reakcji zdaje się być nieludzki. Trzeba w końcu dbać o formę. Człowiek jest Bogiem, ma i litość. Współczucie. Ale nie zawsze. Wyzwalamy się i z takich konwenansów. Niech żyje postęp!

Choć nie trzeba wiele, by pomóc. Trzeba być tylko – aż? – człowiekiem, który widzi coś więcej niż czubek własnego nosa, wie, co to jest misja, powołanie, otwartość na drugiego człowieka – nie dlatego, że on może coś mi w przyszłości dać, ale z samego faktu, że on jest. Dlatego, że Jezus przyszedł do nas nie po to, by być wychwalanym i czczonym, ale żeby dać nam lepszą perspektywę na życie.

Za rok będziemy obchodzić kolejny Światowy Dzień Chorych. Znów pochylimy się ze współczuciem nad losem tych, którzy cierpią z powodu różnych chorób, czy to fizycznych, czy psychicznych. Poczujemy zadowolenie z tego, że pochyliliśmy się nad ich cierpieniem, posłuchaliśmy kolejnych nabożnych słów, choć roboty jest więcej niż robotników, a cierpiących spotykamy na co dzień, nie od święta.

Można żyć i udawać, że cierpienia nie ma. Można. Cierpiący, tak jak ja, wróci z uśmiechem przyklejonym na twarzy do społeczeństwa, na każdym kroku udowadniając sobie i innym, że jest w pełni zdrowy. Wyleczony. A jeśli nie uda mu się ten come back, zostanie w domu sam, a jego miejsce zajmą inni ludzie, którzy również będą próbowali dopasować się do idealnego społeczeństwa. W końcu słabsi muszą zginąć, nie ma dla nich miejsca. A nawet jeśli mogą zostać, to niech będą w ukryciu. Żeby przypadkiem swoim widocznym cierpieniem nie obudzili czyjegoś sumienia.

Może jednak przez ten rok warto nieco odwrócić ten panujący porządek? Nie porządek prawny, który obowiązuje setki obywateli, którzy robią coś, bądź nie robią, bo muszą. Porządek serca. Myślenie. Podejście do chorych i cierpiących. Niech będzie ono nacechowane miłością, a nie obrzydzeniem. Niech będzie w nim cierpliwość, łagodność, wyrozumiałość, a nie irytacja i oburzenie na odchylenia od “normy.” Dobrze by było, by zniknął ostracyzm, który wiąże się z ciężką chorobą bądź starością. By była wrażliwość, która pozwoli zobaczyć zmęczenie życiem w oczach człowieka, który ma 21 lat, ale został sam.

Do tego potrzeba chęci i pracy nad sobą. Ktoś, kto nie widzi konieczności zmian, nie zmieni podejścia do chorych. Poza tym, bez pracy nad sobą, bez łamania bariery, jaką jest strach, przeciętny człowiek nie pomoże cierpiącemu. Będzie bał się jego choroby, jego cierpienia i bólu, oraz tego, co przeżycia chorego mogą wnieść w jego świat. A jest to między innymi wezwanie do przemiany, do tego, by nie być obojętnym. By być coraz lepszym, coraz bardziej Bożym człowiekiem.

Inną kwestią jest to, że my robimy wielkie halo z rzeczy nieważnych. Z drobiazgów. Tracąc tę duchową równowagę nie widzimy, co jest w życiu rzeczywiście ważne. Umiemy pomóc w kwestiach, które, przepraszam za sformułowanie, są duperelami na które wystarczy przykleić plaster, omijając szerokim łukiem ropiejące rany. Spiesząc od jednych obowiązków do drugich, spiesząc się, by jak najszybciej zrealizować swoje plany, zamierzenia, nie słyszymy Bożego wezwania do zmiany. Nie trzeba wiele. Trzeba tylko – aż? – poświęcić kawałek siebie, swoich zamierzeń, dopasować się do drugiej osoby, do jej możliwości. To kosztuje nieco pracy nad sobą, ale pomaga drugiemu człowiekowi. Niestety, „uczciwa praca nad sobą” jest na cenzurowanym. Wymaga wysiłku, a to w erze otrzymywania wszystkiego w tempie „fast foodów” nie jest chwytliwe, nie jest cenione.

Jezus przyszedł do chorych, a nie do tych, co się dobrze mają, prawda? Przyjdźcie do nas. Nie gryziemy. Nie zarażamy. Możemy Wam pokazać inny świat, świat, z którym kiedyś i tak się spotkacie, prędzej czy później we własnej rodzinie, świat, którego nie należy się bać. Jest trudny, ale kiedy zapełni się życzliwymi ludźmi staje się zdecydowanie bardziej znośny. Nawet da się w nim godnie żyć. Byle tylko nie zabrakło życzliwych ludzi…

I tylko pozostaje pytanie: czy to na pewno jest tekst do nieobecnych?…

Tekst został opublikowany w lutym 2012 roku na stronach Areopag XXI oraz nataliaswit.wordpress.com.