Różne kolory samotności

Różne kolory samotności

Samotność jest trochę jak tęcza. Z dodatkiem bieli i czerni. Bywa przezroczysta. Ale bywa i taka, co zasłania wszystko.

Samotność i osamotnienie to nie to samo. Można być samotnym mieszkając w domku w górach, a można być osamotnionym, będąc w samym centrum Warszawy. Samotność to bycie otoczonym niewielką liczbą najbliższych ludzi bądź nikim. Stan faktyczny, ale nie sprawiający bólu. Samotnym się jest na pustyni, gdzieś w dżungli. Osamotnionym jest się w tłumie na Patelni przy Metrze Centrum. Czy kiedy przegląda się listę znajomych na FB, listę kontaktów w komórce i nie ma się do kogo napisać.

Przezroczysta

Niewidoczna. Odpowiednio dobrana samotność na miarę. Kiedy chcesz, spotykasz się ze znajomymi. Kiedy masz kryzys, wspiera Cię Twoja najlepsza przyjaciółka / najlepszy przyjaciel. Wolisz pobyć sama – proszę bardzo. Samotność to Twój przyjaciel, spotykasz się z nim kiedy chcesz.

Żółto – pomarańczowa

Prawie cały czas spędzasz wśród ludzi. Lubisz ich, a oni lubią Ciebie. Przynajmniej zwykle. Promieniujesz ciepłem i radością, którą dają Ci kontakty z ludźmi. Jest ich tyle, że nie wiesz, co to samotność.

Czerwona

Jak w żółto – pomarańczowym. Tylko gdy łapią Cię smutki, idziesz ze znajomymi na piwo. Na więcej nie ma co liczyć.

Zielona

Na spokojnie. Z ludźmi spotykasz się często, ale niezbyt często. Lubisz samotność, a ona lubi Ciebie. Jesteście dobrymi przyjaciółmi. Nie jesteś odludkiem, po prostu nie musisz ludzi widzieć codziennie.

Niebieska

I to niebieski wiejący chłodem. Nie jest tak źle, ale samotność jest nieco wymuszona. Leżysz w szpitalu, nie dostałeś się na studia i masz rok przerwy. Jesteś chory / chora. Inni idą swoim tempem. Na Tobie okoliczności wymusiły jego zwolnienie. Kiedy wrócisz, znów będzie, jakby się nic nie stało…

Szara

Szukasz i nie znajdujesz. Każdy już ma „przyjaciółkę”, „przyjaciela”. Ty szukasz. Jakbyś się obudził / obudziła za późno. Oni już się poznajdywali, a Ty wciąż szukasz. I spotykasz albo ludzi już „zajętych”, albo ludzi zranionych, sfrustrowanych, którzy nie chcą z nikim się przyjaźnić. Przynajmniej na razie.

A Ciebie to boli. Bo masz potencjał. Tylko nie masz komu ofiarować… Ile można czekać?

Czarna

Nie masz, do kogo napisać. Szukasz tak długo i masz za sobą tyle rozczarowań, że w sumie jest Ci wszystko jedno. Możesz szukać, ale możesz i nie szukać. Nic się nie zmieni.

Nie masz już nadziei. Ludzie w Twoim życiu przychodzą i szybko odchodzą. Idzie się przyzwyczaić. Czekasz i nie czekasz, szukasz i nie szukasz. Nie widzisz sensu. Bo po co. To i tak się już nie zmieni.

Miernik kolorów nr 1 – prawdziwość

Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. I często bywa, że dopóki jest dobrze, jest dobrze, ale jak jest źle… Pamiętacie przypowieść o Synu Marnotrawnym? Dopóki miał pieniądze był najlepszym towarzyszem zabaw, kiedy nagle potrzebował wsparcia, został sam. Jego wartość inni ludzie mierzyli ilością pieniędzy i drinków, które mógł za to kupić.

Ilu znajomych masz od serca, a ilu potrzebuje Ciebie tylko po to, by mieć towarzysza zabaw? Ilu znajomych podtrzymuje znajomość z Tobą, ponieważ mogą coś od Ciebie dostać? Notatki z wykładów, Twoje towarzystwo?

Miernik 2 – ogólny obraz społeczeństwa

Jesteśmy coraz bardziej zabiegani. Szczególnie w mieście panuje niemiłosiernie szybkie tempo życia. Wszystko jest do zrobienia na wczoraj. Dlaczego? Może dlatego też, że mamy coraz cięższe czasy. Pieniądze nie spadają z nieba, a wielki boom lat 90, kiedy wielu dorobiło się, już się skończył… każdy dba o siebie, o to, by się dorobić. Poniekąd słusznie. W końcu bez pieniędzy nie idzie żyć.

Kto jednak pamięta o słowach z Ewangelii, według których mamy najpierw troszczyć się o królestwo Boże tutaj na ziemi? A resztę nam Bóg da… (ale też nie za darmo, trzeba podjąć potrzebny wysiłek). Czasem, ba, często pewne rzeczy można odłożyć na później. A na pierwszym miejscu postawić spotkanie, miłą rozmowę, pomoc. To, a nie nachalne nawracanie, to jest poszerzanie królestwa Bożego! Ale kto o tym pamięta…

Może zapominamy o tym, ponieważ niewielu jest ludzi, którzy bezinteresownie zrobią coś dla nas. To czemu my mamy być inni? Czemu mamy być bezinteresowni, życzliwi, skoro nic do nas nie wróci? Po pierwsze, wróci, jak się nie będziemy tego spodziewać. Po drugie i najważniejsze – robimy to dla Jezusa, a nie dla siebie…

Kiedy Twój kolor nie nastraja optymistycznie…

„Cierp, duszo moja a będziesz zbawiona a jak nie wycierpisz będziesz potępiona” – to ciekawe zdanie usłyszałam jako fragment piosenki, śpiewanej przez siostrę zakonną. Stety albo niestety, cierpienie jest nieodłączną częścią naszego życia. Różnica polega tylko na tym, co z nim zrobimy. Ponieważ to, co boli, może stać się wyzwaniem.

Amerykańska dziennikarka Dawn Eden w swojej książce „Dreszcz czystości” pisze, że samotność ma głęboki sens. Chodzi o to, by się przygotować do przyszłej relacji. Eden pisze, iż widzi dookoła małżeństwa, w których małżonkowie jeszcze po zawarciu sakramentu siłują się z różnymi kwestiami, którymi mogliby na spokojnie zająć się wcześniej, gdyby nie szukali drugiej połówki na siłę. I choć osamotnienie zwykle ciężko się znosi (ile można pracować nad zawodową częścią życia i nad sobą i nie widzieć wymiernych efektów pod postacią relacji?) ono też uświęca. Kształtuje charakter.

Jak w moim ulubionym ostatnio powiedzeniu: złoto hartuje się w ogniu.

Nieważne, czy czekasz na porządnego mężczyznę / porządną kobietę czy szukasz przyjaźni. Osamotnienie i związane z nim cierpienie potrafi wydobyć z Ciebie najgłębsze motywy, najgłębsze urazy, najskrytsze myśli. Wtedy osamotnienie staje się samotnością, milczeniem, w którym słyszysz Boga.

Samotność… darem?

Z każdego zła Bóg wyciągnie większe dobro. W naszych szalonych czasach odchodzimy często od Boga. Ale i te szalone czasy dają Jemu przestrzeń do przyjścia, chociażby przez osamotnienie, znienawidzone osamotnienie. I tak kiedyś ludzie szli na pustynię, zakładali klasztory na odludziu (chociażby Meteory w Grecji), żeby sam na sam obcować z Bogiem. A teraz można mieszkać i w mieście i na co dzień w samotności, w osamotnieniu, w milczeniu obcować z Bogiem.

Nienawidzę mojego osamotnienia, tego, że ludzie przychodzą i odchodzą, że jestem dla wielu „stacją przejściową” od samotności do związku czy innej relacji. Potrzebna na kilka kroków. Z drugiej strony bywa, że nagle komuś się przypomina, że istnieję. Ostatnio doszło do dość zabawnej sytuacji. Wiele osób chce się spotkać w związku z jeszcze trwającymi wakacjami, których ja już nie mam. I jak to pogodzić?

Chciałabym, by to się zmieniło. A jednocześnie dostrzegam wreszcie potencjał tego stanu. Dopiero wtedy, gdy się go dostrzeże, można osamotnienie zaakceptować, zaprzyjaźnić się, zamienić na samotność. Choć na początku akceptuje się ją rozumem, a nie sercem i z zaciśniętymi zębami.

Nie daj sobie zabrać nadziei

W życiu spotykamy różnych ludzi. Również takich, którzy przez miesiące a czasem lata udają życzliwość, okłamują, a czasem zwyczajnie zauważają Cię dopóki coś dla nich robisz. Szukaj przyjaźni czy drugiej połówki mimo wszystko! No chyba, że wybierasz się do zakonu czy do seminarium, to okoliczności nieco się zmieniają ale tylko nieco.

Czasem zanim zaczniesz szukać, musisz dużo wybaczyć innym ludziom. Czasem i sobie. Wybaczenie i zapomnienie to klucz do rozpoczęcia budowania kolejnych relacji. No i nadzieja. Bez nadziei nie ma szansy na zmiany. Bez wiary, że coś może się zmienić, nie ma prób zmiany obecnego stanu. Bez prób nie ma faktycznych zmian. Ale żeby coś ruszyło trzeba znowu ufnie podejść do drugiego człowieka, a nie podejrzewać wszystkich dookoła o to, że są nastawieni interesownie.

Ja jeszcze jestem w drodze. Trzymaj za mnie kciuki. A ja Tobie życzę powodzenia!

Tekst został opublikowany we wrześniu 2011 roku na stronie nataliaswit.wordpress.com.