Menu Zamknij

Po co się męczyć?

Po co się męczyć?

Przypadki postu zapisane na kartach historii pokazują, iż możliwe jest wstrzymanie się od jedzenia na dobę, na dwa dni, na tydzień, a czasem nawet i na czterdzieści dni. Te mnisze umartwienia robią piorunujące wrażenie.

Pamiętam jeszcze, jak w podstawówce poznałam takie oto statystyki – 3 dni można przeżyć bez wody, a około 40 bez jedzenia, mając dostęp do wody. Brzmi to nieprawdopodobnie. Jednak bardziej zastanawia mnie czemu ma służyć ta surowa asceza?

Bliżej nieba

Myślenie poszczących w tamtych czasach mnichów mogło być takie: wybraliśmy życie na uboczu. Wyrzekliśmy się przyjemności tego świata, na rzecz przybliżenia się do Królestwa Niebieskiego. Celibat, pokuta, modlitwa, post – ogólnie asceza, czyli umartwianie się – to droga do Boga. Nocne czuwania, zmniejszanie racji żywnościowych – to wszystko miało służyć ujarzmieniu popędów ciała tak, by coraz bardziej podobać się Bogu.

Oczywiście Szatanowi miało prawo nie podobać się postępowanie ówczesnych mnichów dlatego ważna była modlitwa, a czasem nawet pozostawanie w odosobnieniu, we własnej celi przez wiele dni. Wszystko po to, by po śmierci nie znaleźć się wśród potępionych.

Droga nie dla każdego?

Taka asceza w naszych czasach wydaje się być niemożliwością. Czy ktoś z nas przetrwałby 40 dni bez jedzenia, nie rezygnując z codziennych obowiązków? Z perspektywy mnichów pierwszych wieków idziemy drogą na granicy potępienia – żyjąc w świecie wystawiamy się na ogromne pokusy. A chodzi o to, by w naszej duszy nawet nie został ślad po grzechu, a wzrok był tak mocno utkwiony w Panu, by żadna pokusa nie sprowadziła nas na złą ścieżkę. Temu oczyszczeniu duszy służy zapanowanie nad cielesnością.

Brzmi nierealnie? Zdecydowanie. Nawet jeżeli miałby to być ideał, ku któremu mielibyśmy dążyć, niemożliwe jest pogodzenie życia w świecie i ascezy. Na pewno nie w takiej formie, jaką pokazują nam Ojcowie Pustyni.

Asceza dla świeckiego

Życie poza klasztorem jest bardzo różne od tego mniszego. Nie każdy jednak czuje się powołany do życia konsekrowanego. Myślę, że możemy mówić również o powołaniu do życia „w świecie”. Pomimo różnic w obu drogach możemy od mnichów zaczerpnąć nieco inspiracji. Może nie przejdziemy z dnia na dzień na dietę „o chlebie i wodzie”, ale wciąż mamy w zasięgu ręki wiele narzędzi do tego, by „poumartwiać się” na co dzień.

Zawsze można zrezygnować z oglądania telewizji na rzecz poczytania wartościowej książki, zamienić szynkę na ser żółty dwa razy w tygodniu a nie raz itd. Przede wszystkim jednak liczy się modlitwa, kontakt z Pismem Świętym, korzystanie z sakramentów. Drogi są różne, ale w końcu prowadzą w jednym kierunku.

Po co się jednak męczyć?

„Wzięcie się” za siebie wymaga wysiłku. Po co jednak mamy się wysilać? Po co podejmować trud codziennej przemiany życia? Nam jest przecież zwykle dobrze w naszych grajdołkach a wszystko, co powoduje dyskomfort, należy od razu wyrzucić z myśli.

Zauważyłam jednak, że zwykle to, co przeraża nas najbardziej, to perspektywa zrobienia czegoś konkretnego z życiem. Wolimy unosić się w wodzie jak meduzy zamiast śmigać po oceanie jak Boże rekiny. Wolimy zostać w marazmie, bo tak jest wygodniej. Mnisi zdecydowanie odchodzą od takiego podejścia. Codzienna praca nad sobą, krok po kroku, to podstawa. Nie wszystko zmienimy od razu, ale warto mimo to próbować. Po co?

Odnajdź w sobie rekina

Dla wierzącego motywacją do pójścia drogą zmian będzie nagroda wieczna w niebie. Dla mnie osobistą motywacją jest to, że mogę dzięki temu lepiej poznać Jezusa. Jednak nawet jeśli nie wierzymy w Boga tudzież Bogu, nie warto stać w miejscu.

Patrząc z perspektywy czysto ludzkiej, zmiany potrafią dać wiele satysfakcji. Gdy pracujemy nad czymś i widzimy tego owoce czujemy radość. Myślę również, że człowiek ma w sobie taką twórczą żyłkę. Niektórzy robią cały czas przemeblowania w domu, inni mają sto pomysłów na minutę. A inni mogą oprócz pożytkowania sił zewnętrznie sprawić, że ich duchowe wnętrze będzie piękne.

Warto odnaleźć w sobie rekina. Nie trzeba od razu pościć przez czterdzieści dni, by zmienić coś w życiu. Dla mnie asceza przełożona na język świecki to po prostu wprowadzanie pozytywnych (w myśl Ewangelii) zmian w życiu. Żyjemy w takich dziwnych czasach, że każda osoba, która bierze życie w ten sposób na poważnie, jest na wagę złota.

Tekst został opublikowany w marcu 2011 roku na stronie nataliaswit.wordpress.com.

Bądź moim głosem w social media!
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on Tumblr
Tumblr
Share on LinkedIn
Linkedin
Email this to someone
email
Pin on Pinterest
Pinterest