Pierwsze postne kroki cz. I

Kochać Post

To jest możliwe!

Być może położyłem zbyt duży nacisk na łatwość, z jaką praktykuje się post, także dzisiaj. Jednak ta uporczywość posiada przynajmniej tę zaletę, że zrywa z utrwalaną legendą, która stoi na przeszkodzie wszelkiej próbie prawdziwego postu; (…)

(…) tą, według której nie jest możliwe, aby współczesny człowiek pościł tak, ja czynili to starożytni.

Na pierwszy ogień poszło – śniadanie…

Jest południe. Jak co dzień, schodzę z samotni do oddalonego o kilometr klasztoru, żeby zabrać stamtąd jedzenie, książki i pocztę. Wstawszy o trzeciej, najpierw przez półtorej godziny odmawiałem jutrznię, później zajmowałem się różnymi rzeczami, z których największa polegała na czterech godzinach nauki. Była Msza i Komunia, ćwiczenia praktyczne, spacer i „medytacja”, krótkie oficja. Ale nie było śniadania: nie jem go nigdy od ponad dziesięciu lat.

(Adalbert de Vogue OSB, „Kochać post”, Wydawnictwo Benedyktynów Tyniec, Kraków 2010, s.10; 15)

Znikające posiłki

Następnie zniknął – obiad…

W tej południowej porze spotykam się na krótko ze wspólnotą, z której wyszedłem i do której wciąż należę. W ciągu pół godziny zaglądam do skrzynki na listy, do biblioteki, do kuchni i wracam do mojej samotni z pokarmem dla ducha w jednej ręce i tym dla ciała w drugiej. W ten sposób mam wszystko, czego potrzebuję na kolejne dwadzieścia cztery godziny. Wracam do celi. Jeśli są, otwieram listy lub paczki i gdy, po krótkim odpoczynku, znów zabieram się do nauki, drewniana kasetka, zawierająca mój posiłek, pozostaje zamknięta: od sześciu czy siedmiu lat nie jem obiadu.

A potem – kolacja?

Te popołudniowe godziny są najlepszym czasem w ciągu dnia. Dwie i pół godziny pracy umysłowej, nona, godzina pracy fizycznej, godzina spacerowania i „medytowania” w lesie. Będąc na czczo od poprzedniego dnia do wieczora, jestem w owej chwili w świetnej formie. Można by rzec, że moja energia wzrasta w miarę, jak oddala się jedyny codzienny posiłek. Umysł jest najbardziej jasny, ciało rześkie i wypoczęte, serce lekkie i pełne radości.

Po powrocie z lasu, około wpół do siódmej, nakrywam do stołu i spożywam mój posiłek. Składa się on z czterech potraw, które bracia ze wspólnoty jedzą w południe: jaj lub ryby, warzyw, sałatki i owoców, często jednak zastępuję jedną z dwóch ostatnich serem. Pieczywa do woli. Spożywam powoli, czytając, w ten sposób mój posiłek trwa blisko godzinę. Po nim dzień dobiegł prawie końca. Pozostaje mi tylko odmówić nieszpory – przynajmniej latem, pozmywać i zrobić ostatnie porządki, przeczytać kilka stron lektury religijnej i odmówić kompletę. Przed dziewiątą, o każdej porze roku, leżę w łóżku.

(Adalbert de Vogue OSB, „Kochać post”, Wydawnictwo Benedyktynów Tyniec, Kraków 2010, s. 15 -16)

A o jaki post autorowi chodzi?

(…)poszczenie nie polega na tym, żeby jeść mniej, lecz na tym, by nie jeść wcale.

Adalbert de Vogue odkrył ten rodzaj postu w wieku 49 lat, gdy opuścił klasztor a zamieszkał w pustelni.

Mówiono: człowiek się zmienił; wątłe zdrowie nie pozwala nam już dziś pościć. Czy rzeczywiście?

Z tym pytaniem w duchu rozpocząłem wiosną 1974 r. samotne życie. Nieśmiało zacząłem zmniejszać moje śniadanie, przenosząc to, co z niego ująłem do dwóch pozostałych posiłków. Z miesiąca na miesiąc, niepostrzeżenie, ten pierwszy posiłek dnia stawał się coraz mniej ważny. Pewnego dnia, po upływie jakichś dwóch lat, wyeliminowałem ten mały posiłek i czułem się z tym dobrze.

To było pierwsze wyzwolenie. Potem w ten sam sposób zacząłem pracować nad kolacją. (…)

(…)pewnego dnia nie zjadłem kolacji i zobaczyłem, że wszystko było dobrze. Od tamtej pory wiedziałem, że jedzenie raz dziennie było rzeczą możliwą dla współczesnego człowieka, którym jestem.

(Adalbert de Vogue OSB, „Kochać post”, Wydawnictwo Benedyktynów Tyniec, Kraków 2010, s.17n)

Fragmenty książki zostały opublikowane na FB profilu http://www.facebook.com/swit.przy.herbacie w marcu 2011 roku za zgodą Wydawnictwa Benedyktynów Tyniec.