Menu Zamknij

Obalenie mitu mnicha

Ludzie Boga

Gdy myślimy o mnichu, zwykle stawiamy go prawie na równi ze świętym. Nie wiem, czy to kwestia wysokich oczekiwań wobec ludzi, którzy oddali swoje życie Bogu, czy może innych przesłanek. Dość powiedzieć, że w świadomości wielu osób w klasztorze żyją ludzie idealni. Tacy, którzy od wiecznej szczęśliwości są tylko o krok.

Nic bardziej mylnego. Film francuskiego reżysera, Xaviera Beauvois, opowiada historię mnichów z klasztoru cystersów w górach Maghrebu. Mają oni wspaniały kontakt z lokalną, islamską ludnością. Mnisi wspierają niezbyt bogatych mieszkańców miasteczka, w zamian uczestnicząc w ich życiu. Tworzą się więzi przyjaźni, które są mostem ponad różnicami w wyznawanej wierze, kulturze, obyczajowości. Tę „sielankę” przerywają islamscy ekstremiści. Początkowo słyszymy tylko o kilku morderstwach. Jednak z chwili na chwilę czujemy, jak zagrożenie rośnie. Moment starcia pomiędzy mnichami a ekstremistami wydaje się być nieunikniony. W życie mnichów oraz każdego mieszkańca wioski wkrada się strach. Bracia stają przed bardzo trudnym wyborem – wyjechać i ocalić życie, czy zostać?

Wspomniałam na początku tekstu o obaleniu mitu mnicha. W myśl stereotypu mnich to ktoś pełen wewnętrznej siły i pokoju, który dzięki bliskiej relacji z Bogiem nie ma żadnych zmartwień. To również ktoś, kto zawsze postępuje bezbłędnie. To nie człowiek, to anioł. Gdy oglądamy „Ludzi Boga” nagle zauważamy, że bohaterowie filmu nie są świętymi, ale ludźmi z krwi i kości. Obserwując ich zmagania widzimy, jak bardzo są w nich podobni do zwyczajnych ludzi. Przełożony klasztoru rozmyśla i modli się w czasie samotnych spacerów po okolicy. Jeden z braci, którego dopada lęk przed śmiercią, w jednej ze scen najzwyczajniej w świecie przeklina (co w czasie pokazu, na którym byłam, wywołało na widowni salwę śmiechu).

Z drugiej jednak strony są to ludzie, którzy w swoich wątpliwościach szukają pomocy i wsparcia u Boga. Z Nim rozmawiają i ostatecznie Jemu powierzają troskę nad swoim życiem. Pięknie to widać szczególnie w scenach, gdzie dochodzi do zderzenia mentalności lokalnych wojskowych i przełożonego klasztoru. Dla żołnierzy trup przeciwnika to powód do radości, zakonnik boleje nad śmiercią człowieka.

Produkcja ta zdecydowanie różni się od tych holywoodzkich, w których serwuje się nam dużo przemocy, a krew leje się strumieniami. Choć ten film nie jest pozbawiony krwawych scen są one ograniczone do tego minimum, które ma ukazać widzowi powagę sytuacji. Kolejną różnicę stanowi głębia przekazu. Holywood daje nam filmy, których przekaz zostaje z nami do momentu wyjścia z kina. „Fajnie było, dziękujemy”. „Ludzie Boga” nie pozwalają o sobie zapomnieć. Wewnętrzny konflikt bohaterów staje się i naszym „ciężarem”. Czymś, co po wyjściu z kina musimy sami przemyśleć i co zostaje z nami wiele, wiele dni po projekcji.

Co takiego robi na widzu tak „piorunujące” wrażenie? Przede wszystkim przeważająca nad słowami cisza. Umiejętna gra aktorów oraz praca kamerzystów, którzy koncentrują się na gestach i detalach. Wspaniałe sceny wspólnej modlitwy, gdy – choć pozornie nic się nie dzieje – obserwujemy powolny wzrost duchowy i umocnienie mnichów. Całość uzupełniają przepiękne widoki. Widzowie byli na tyle poruszeni, że w większości opuszczali salę wyraźnie zamyśleni.

Jest to dzieło, które skłania widza do osobistej refleksji. Nad życiem, nad siłami dobra i zła we współczesnym świecie. Ale również nad tym, czy warto poświęcić wszystko – całe swoje życie – by przeżyć je w duchu Ewangelii. Nie trzeba być mnichem, by żyć tak pięknie – jako znak sprzeciwu dla choroby toczącej ten świat. Wystarczy gotowość, by pomimo trudności i przeszkód stać się człowiekiem Boga.

Dla kogo jest ten film? Miłośnicy dobrego kina pewnie obejrzą go z przyjemnością. Polubią go również Ci, którym nieobce są pytania o obecność dobra i zła w świecie. Na pewno każdy, kogo trapią pytania egzystencjalne znajdzie w nim coś dla siebie.

Produkcja zdecydowanie warta obejrzenia – jako odtrutka na fast foody serwowane w multipleksach.

(Ludzie Boga, reż. Xavier Beauvois, Francja 2010)

Tekst został opublikowany w marcu 2011 roku na portalu Duchowy.pl oraz na stronie nataliaswit.wordpress.com.