O kazaniach słów kilka

O kazaniach słów kilka

Może się wydawać, że kazania dzielą się na dwa rodzaje – te dobre i te nienajlepsze. Jest to podział najprostszy, a przez to nie oddający głębi zjawiska.

Mówi się, że tam, gdzie jest dwóch Polaków tam są trzy opinie.Myślę, że tam, gdzie jest dwóch księży tam są przynajmniej trzy różne sposoby mówienia kazań. Postanowiłam zatem pokusić się o wprowadzenie pewnego podziału, który zaobserwowałam pilnie słuchając wypowiedzi księży. A oto efekty moich wielomiesięcznych obserwacji.

Długie i treściwe

Zerkamy na zegarek, mija pięć, dziesięć, dwadzieścia minut, godzina i wtedy dopiero słyszymy szept: „powstańmy”. Zdaje mi się, że szczególnie w czasie rekolekcji (i tych „stacjonarnych”, i tych wyjazdowych) rekolekcjoniści mają tendencję do mówienia długo. Niektóre kazania są jak opowieści przy ognisku pełne dykteryjek z odniesieniami do czytań dnia. Wtedy słucha się ich z zapartym tchem i czuje się, że to kazanie było „o czymś”. Jest jednak ryzyko, że ksiądz zapętli się nieco w wypowiedzi…

O wszystkim (i o niczym)

Gdy dojdzie do takiego „zapętlenia” kazanie można już umieścić w tej kategorii. Wtedy mamy do czynienia z wersją „soft”. Błędy w końcu się zdarzają. Wersja „hard” to już kilkanaście różnych wątków. Niektórzy złotouści zaczynają od odniesienia do Ewangelii, potem przechodzą przez wątek pijanych kierowców, tsunami w Japonii a kończą na życzeniu „sobie i nam” pójścia drogą Ewangelii. Niektórzy księża umieją po mistrzowsku połączyć kilka różnych myśli w jedną całość, dzięki czemu kazania słucha się z przyjemnością. Są jednak tacy, którzy rzeczywiście mówią o wszystkim, a w efekcie o niczym. Wtedy udaje mi się „wyklarować” do pięciu wątków z takiego kazania. Częściej jednak poddaję się i – mea culpa – przysypiam.

Kazanie – straszak

To szczególny typ kazań, w którym wyłącznie straszy się mękami piekielnymi. Mówię tu o takich kazaniach, które zamiast autorefleksji budzą reakcję alergiczną na głoszącego. Przykład z życia – drugi listopada, w kościele mało ludzi. Większość przyszła dnia poprzedniego, gdy było święto. A z ambony ksiądz grzmi, że powinniśmy przychodzić do kościoła, ponieważ zmarli potrzebują modlitwy. A jak nie przychodzimy i się nie modlimy to nie wypełniamy uczynków miłosierdzia i grzeszymy. Typowe kazanie – straszak. Pytanie tylko, czy powinno być do nas, czy do nieobecnych.

Krótkie i na temat

Mój ulubiony rodzaj, wyłapany u Benedyktynów w Tyńcu (przynajmniej na Mszach w ciągu tygodnia). Ktoś nieprzyzwyczajony musi się pilnować. Zdarza się, że na początku kazania wyłączamy się, po to, by zacząć słuchać gdy już znudzą się nam nasze myśli. Zrobiłam tak za pierwszym razem, gdy byłam w Tyńcu. Potem już się pilnowałam. Tam kazanie trwa góra pięć minut. Często składa się z maksimum dziesięciu zdań. Miło się słucha i wiele się zapamiętuje. Tutaj widać jak na dłoni, że jakość może przeważyć nad długością kazania.

Ogłoszenia parafialne

Właściwe kazanie to za mało. Trzeba na koniec uzupełnić je o kilka myśli. Świetną okazją do tego są ogłoszenia duszpasterskie tudzież parafialne. Kilka suchych komunikatów zamienia się w barwną opowieść na różne tematy. Rekordowa długość ogłoszeń, znana mi z autopsji, to piętnaście minut. Dlatego chodząc na niedzielną poranną Mszę rezerwuję sobie ponad godzinę czasu. Ogłoszenia traktuję jako element pokuty.

Ogólny obraz

Myślę, że ten opis nie wyczerpuje w pełni tematu. Zawsze będzie można coś dodać (oby pozytywnego) czy coś ująć (oby negatywnego). Czy jednak my mamy jakiś wpływ na zmiany? Da się coś zrobić, byśmy nie siedzieli w kościele jak na tureckim kazaniu? Zawsze można poszukać w innych parafiach Mszy, na których kazania nie będą dla nas męką tylko posłużą naszemu duchowemu zdrowiu. Gdybyśmy masowo wzięli udział w tzw. „churchingu” byłby to wyraźny sygnał dla niektórych do zmian. Jeśli jednak ktoś nie ma chęci czy czasu na poszukiwania zawsze zostaje opcja „tylko dla orłów”. W końcu, jak mawia klasyk, z każdego kazania można coś wyciągnąć. Trzeba tylko uważnie słuchać, bo nigdy nie wiadomo, kiedy zadziała Duch Święty.

Tekst został opublikowany w marcu 2011 roku na stronie nataliaswit.wordpress.com.