Modlitwa zmęczeniem, czyli stołeczne przemyślenia

Modlitwa zmęczeniem

Nie zawalam się pracą. Znam ludzi, którzy zapominają o swoim zdrowiu i zawalają się dużą ilością roboty. Ja cenię sobie zdrowie. W tym podejściu utrzymuje mnie chociażby świeże wciąż wspomnienia szpitalne i pamięć o tym, że zdrowy tryb życia pomoże mi uchronić się przynajmniej przed częścią schorzeń. Albo przesunąć ich pojawienie się w czasie.

Więc pilnuję się, by się wysypiać, odpoczywać, jeść zdrowo, i tak dalej, i tak dalej. To jednak nie zmienia faktu: jestem zmęczona.

I to zmęczenie spowodowało pojawienie się w mojej głowie kilku ciekawych refleksji.

Ucieczka

Ilu z nas ucieka w kolejne obowiązki, by zapomnieć o czymś? Ilu z nas chodzi z imprezy na imprezę nie dlatego, że jest fajnie, ale dlatego, że chce zamaskować wesołkowatością ból? Rzucenie się w wir obowiązków jest skuteczne na krótką  metę. Szybko okazuje się, że nie możemy się ogarnąć… ponieważ za dużo na siebie wzięliśmy w momencie, gdy dobrze było zająć się innymi sprawami – czyli poprawą stanu wewnętrznego.

Nawet jednak jeśli się ucieka w pewnym momencie jest tak źle, że albo człowiek się reflektuje i robi co trzeba albo przekracza próg beznadziei, za którym jest tylko kolejna impreza czy robota i wrażenie, że robimy to, co chcemy i co nam się podoba.

Autorefleksja

Kiedy przychodzi autorefleksja jesteśmy w stanie ograniczyć pewne aktywności i podejść do nich bardziej racjonalnie. Zaczynamy – najpierw z trudem, potem jest łatwiej – znajdywać czas na odpoczynek. Uczymy się czerpać satysfakcję z tego, co robimy, a jak nie robimy czegoś co nas cieszy próbujemy to zmienić.

To taki trudny moment, kiedy przestajemy padać na twarz, ale wydaje się nam, że efekty są jednak za małe i za słabe, a tak w ogóle to nic nie idzie dobrze więc chyba lepiej sobie darować. Długo miałam taką refleksję i długo ciągnęło się za mną poczucie beznadziejności. Na co mój trud? Na nic. Na co rozmowy i wprowadzanie zmian? I tak mnie tyle rzeczy nie cieszy.

Teoretycznie wystarczają dwa tygodnie, by mózg wyrobił sobie nowe ścieżki, z których zaczynamy korzystać. Czyli dwa tygodnie konsekwentnego stosowania założeń, które mają nas doprowadzić do satysfakcji z tego, co robimy. Widzę jednak, że w praktyce nie jest tak cudownie. Codzienność nie jest przewidywalna. I choć chcielibyśmy, by zmiany przeszły bezboleśnie, to codzienność wciąż rzuca nam wyzwania i nie dale zwykle taryfy ulgowej. W tym czasie łatwo jest zrezygnować, będąc już prawie u celu. To trochę jak próba wypłynięcia na powierzchnię, którą kończymy będąc milimetr od celu, ponieważ dookoła nas wciąż jest woda.

Radość / satysfakcja

Wreszcie tu dotarłam. Oczywiście jeszcze wiele rzeczy może mnie ściągnąć w dół: moje czarnowidztwo, czy chociażby wspólna wszystkim ludziom zdolność do przerzucania odpowiedzialności na okoliczności. To drugie sprawia, że zwalniamy się z walki. Zwalniamy się od odpowiedzialności za to, co robimy, co możemy zrobić i jeszcze zmienić. Łatwiej jest siedzieć i narzekać niż zaryzykować.

Oczywiście, kiedy siedzi się i narzeka się wszystko widzi się w czarnych barwach. Pytanie, czy podejmiemy trud sprawdzenia, czy na pewno tak jest. A to wymaga z kolei dystansu do siebie i wewnętrznego przekonania, że mogę się mylić. Co prawda nikt nie lubi się mylić ale gdy jednak przyznamy się do błędu w ocenie mamy otwarte drzwi do zmian. Głowę otwartą na konfrontację.

Wreszcie zaczęło mnie cieszyć to, co robię, oraz całe dnie spędzane poza domem. Myślałam, że to niemożliwe, ale tak jest. Oczywiście wiele jest jeszcze do zrobienia ale to już krok w dobrą stronę.

Modlitwa zmęczeniem

Zmęczenie może być dwojakie – albo zmęczenie wywołane bezsilnością, albo spowodowane dniem pełnym pracy i walki ze swoimi słabościami. Osobiście wolę ten drugi rodzaj, ale każdy z nich może być modlitwą.

Dziś Siostra Benedyktynka uświadomiła mnie, że jest coś takiego jak modlitwa bezsilnością. Kiedy już nie mogę się przełamać, oddaję bezsilność Najwyższemu. On wie, że chciałam coś zrobić, pokonać siebie, ale się nie udało. Jednocześnie patrzę z zaufaniem na Boga (tak zerkam porozumiewawczo), wierząc, że da mi siły następnym razem.

A następnym razem jestem tak zdeterminowana, że modlę się swoją pracą i zmęczeniem, a Bogu na koniec dnia ofiaruję również radość z dobrze przeżytego dnia.

I na koniec:

Nie lubimy się męczyć. Ktoś jednak kiedyś powiedział, że musimy od siebie samych wymagać, nawet jeśli inni by od nas nie wymagali. i tak myślę sobie, że modlitwa zmęczeniem wpisuje się w to wezwanie idealnie.

Tekst został opublikowany w październiku 2011 roku na stronie nataliaswit.wordpress.com.