Menu Zamknij

Mikrofon nie gryzie

Mikrofon, który nie gryzie

To bardzo odkrywcze stwierdzenie towarzyszy mi od ostatniej audycji, kiedy to przyglądałam się mikrofonom wyjątkowo uważnie. Szukałam takich małych ząbków, do których nie należy się zbliżać, a już w ogóle to najlepiej nie wchodzić do studia, bo jeszcze nie daj Boże zaatakują mnie kable, a dzieła zniszczenia dokonają poruszane wiatrem okiennice.

Wszystko, co znalazłam, to czarna gąbka, oraz logo radia Wnet na specjalnej nakładce. Kable atakować nie chciały, słuchawki też były grzeczne. Okiennice zostały na swoim miejscu.

Przeżyłam drugą audycję.

Strach przed…

Człowieka przed mikrofonem paraliżuje najbardziej strach przed wpadką. Że powie się coś nie w porę, przerwie się wypowiedź rozmówcy, przeinaczy się jakieś słowo. Kiedy jednak dochodzi do pomyłki okazuje się, że można szybko i zabawnie z niej wybrnąć, a audycja zyskuje nawet nieco „lekkości”.

Jeden z mechanizmów psychologicznych mówi o tym, że gafy zbliżają. Oczywiście, jeśli mamy do czynienia z ludźmi, którym się wydaje, że wszyscy muszą być perfekcyjni jak oni sami, pewnie takie spoufalenie „po fakcie” nie będzie miało miejsca. My jednak zdrowo zdajemy się omijać takie „chodzące ideały”, w końcu wszyscy jesteśmy ludźmi i każdemu się może zdarzyć… Zrozumienie, sympatia, żart na rozładowanie atmosfery zbliżają. Wydawało mi się to być niemożliwe, ale po ostatniej audycji widzę, że takie zjawisko rzeczywiście ma miejsce.

Czego się boisz?

Czego zatem mam się bać, skoro pomyłki można obrócić w żart tak, by i słuchacz się trochę pośmiał? Przyznam, że tego, czego chcę uniknąć, to prowadzenia audycji pełnej zadęcia i powagi, która bardziej przypominać będzie przemówienia partyjne z PRLu niż zwykłą rozmowę ludzi, którzy chcą się czegoś o świecie dowiedzieć. Okazuje się, że takie właśnie „pomyłki”, a dalej (wraz ze wzrostem poziomu profesjonalizmu ) drobne żarty potrafią skutecznie nakłuć napompowany balon powagi, jaki towarzyszy zwykle tematom teologicznym.

Jeszcze jedna rzecz budzi we mnie dość duże przerażenie. Prowadząc audycję nie mogę się zamknąć na cztery spusty w domu. Muszę z niego wyjść, poznać ludzi, jakieś ciekawe inicjatywy, by wymyślić dobry temat i wiedzieć, kogo zaprosić do studia. Czasem goście dosłownie spadają z nieba, lepiej jednak polegać na tworzącym się notesie z kontaktami.

Ale to nie jest dla mnie proste. Kiedy przeżywa się jakieś trudności w życiu chce się uciec od ludzi. Dlaczego? Szansa, że zrozumieją ból, bunt, bezsilność wydaje się być niewielka. Ostatnio zauważyłam dosyć boleśnie, że ludzie mają duży problem ze zrozumieniem, że na tym świecie nie są wyłącznie dla siebie. Jeśli ktoś ograniczy się do spostrzegania tych przykrych kwestii to stwierdzi, że nie warto wychodzić z domu.

Wierzę jednak – i powoli przekonuję się, że tak jest – wciąż są na świecie fajni ludzie, trzeba tylko do nich dotrzeć. Czasem jest łatwiej, czasem trudniej – nie można jednak ustawać w poszukiwaniach. „Człowiek nie jest samotną wyspą” – można oprotestować świat, tylko że on nie upomni się on o nas. Znowu – pewna analogia – w gronie, które wydawało mi się, że jest mi bliskie, przez pół roku nikt nie zauważył, że dzieje się ze mną coś złego… Świat nie upomni się o nas, jeśli my sami nie upomnimy się o swoje prawa.

Krytyka konstruktywna?

O już słyszę te komentarze, że „nie wiedziałem” i „trzeba było powiedzieć”. Sobie i innym (bo sama też nie zawsze słyszę czyjeś ciche wołanie o pomoc) w tej materii życzę wyjęcia czasem waty z uszu i wsadzenia sobie do gęby. Wiem, wszyscy jesteśmy zapracowani, ale – jak też ostatnio zaczynam zauważać – dla chcącego nic trudnego, a i Pan Bóg dobre zamiary pobłogosławi.

Kończąc smętną historię – okazało się, że z domu nie wyciągnęli mnie bezpośrednio “bliscy” znajomi, a… zaproszenie do studia. Oraz tego konsekwencje.

Ten mikrofon, który na szczęście nie ma zębów.

Tekst został opublikowany w maju 2011 roku na stronie nataliaswit.wordpress.com.