Ludzkie sprawy, które się nie mieszczą

Ludzkie sprawy, które się nie mieszczą

Noc betlejemska jest taką nocą, w której „ludzkie się sprawy nie mieszczą”. Raz po raz pojawia się w życiu człowieka taka noc, w którą – żeby zrozumieć – trzeba przestać myśleć po ludzku, a zacząć po Bożemu wierzyć.

Przyzwyczailiśmy się już do Świąt Bożego Narodzenia. Jezus urodził się dwadzieścia wieków temu. Pamiątka narodzin to „już nie to”. To tylko pamiątka, wspomnienie. Coś się wydarzyło raz. Tak, jak nasze urodziny – urodziliśmy się raz. Pierwsze rocznice były okazją do świętowania, czasem, w którym cieszyły nas otrzymywane prezenty. Im starsi jednak jesteśmy, tym mniejszą wagę przywiązujemy do tego dnia, czasem nawet oczekujemy go z niechęcią. Było, minęło.

Podobnie jest ze świętami – w młodości czekamy z utęsknieniem na prezenty, na spotkanie z bliskimi, ale po latach wkracza rutyna. Życie codzienne zapełnia się pracą, obowiązkami, a Boże Narodzenie staje się szansą na zobaczenie rodziny w komplecie, spotkaniem pieczołowicie przygotowanym od A do Z. Pieczemy makowce, lepimy pierogi i uszka, gotujemy barszcz, szykujemy karpia na wszystkie znane sposoby. A jeśli cierpimy na niedoczas, zamieniamy tradycyjne potrawy na mrożonki i sushi.

A ta noc, która nadchodzi, jest nocą niepojętą. Nocą, w której działy się i dzieją się cuda. Echem wiary w nadprzyrodzoność tego, co się tej Nocy dzieje, są życzenia „aby Chrystus narodził się na nowo w sercu każdego z nas”. Wiara ta jest przy dzieleniu się opłatkiem, śpiewaniu kolęd, pójściu na pasterkę. Ale jakby nieco przysypana piaskiem codzienności.

Tak, jakbyśmy się tej codzienności kurczowo złapali. Bo jest ona namacalna, można ją formować, można się nią bawić – tak jak plasteliną. Barszcz gotuje się przez tyle a tyle czasu, pierogi powstają z mąki i kilku innych składników, które należy ugnieść w ciasto, składniki do farszu trzeba pokroić i wymieszać, ciasto upiec, a prezenty zapakować. Wszystko, co robimy, widzimy, możemy zrobić własnymi rękami, możemy na to wpłynąć, zaplanować, a potem zjeść ze smakiem (albo z radością rozpakować). Narodziny Jezusa w naszych duszach są abstrakcją.

Nie wiemy, co nas jutro, pojutrze czeka. Przyszłość nie jest nam znana. Ale z całą pewnością na każdego z nas przyjdą jutro albo pojutrze takie dni, trudne dni, w których ludzkie sprawy nie będą się mieścić.

Myślenie po Bożemu ułatwiają nam często sytuacje, w których przychodzi nam zmierzyć się z cierpieniem. Czymś, co wyrywa z naszych utartych schematów. Dopóki jesteśmy pewni jutra, wydaje się nam, że nie potrzebujemy Boga. Do czego nam jest potrzebna świadomość narodzin Jezusa, kiedy jesteśmy w supermarkecie i robimy zakupy? Kiedy pieczemy, gotujemy, pakujemy prezenty?

Jeszcze rok temu moje święta Bożego Narodzenia wyglądały tak… przeciętnie. Były radosne, wszystkie przygotowania przebiegały pomyślnie i jednoczyły rodzinę, a potem – przy wigilijnym stole – mogliśmy się cieszyć wspólnie ze świątecznego czasu. Po prostu dobre, zwyczaje święta.

W tym roku nad naszą wigilią i przygotowaniami do niej zagościł cień śmierci. Widzimy, jak po przebytym zapaleniu płuc Dziadek powoli wraca do formy. Mimo to od kilku tygodni świadomość kruchości życia i tego, że to mogą być ostatnie chwile Dziadka z nami, sprawia, że przygotowania nabrały pewnego smutku. Nie wiem, jak będzie wyglądała nasza Wigilia.

W tych trudnych dniach ludzkie sprawy się nie mieszczą. Przygotowania do świąt zeszły na dalszy plan. Pojawiły się różne problemy, którymi trzeba było się zająć. Różne trudności, które sprawiają, że w miejsce radości oczekiwania przyszła zaduma. Zamiast trajkotania są trudne rozmowy. O życiu, o umieraniu, o tym, jak zachować wiarę w obliczu tego, co bolesne i nie do końca zrozumiałe.

Niechże wtedy każdy z nas wie, że w takim dniu narodził się na świecie Syn Boży. I niechże wie o tym, że właśnie taki dzień, w którym ludzkie się sprawy nie mieszczą, jest dniem, w którym w jego duszy ma się powtórzyć tajemnica Bożego Narodzenia.

Rok liturgiczny jest po to, żeby podkreślać wydarzenia kluczowe dla zbawienia. Aby uporządkować nieco naszą wiarę. Po to mamy Adwent, Wielki Post, Boże Narodzenie, Wielkanoc, Zielone Świątki, inne święta i uroczystości, „tygodnie modlitw o” oraz wiele innych znaczących dni. Teraz jest czas, w którym szczególnie chcemy przypomnieć sobie i przeżyć wspomnienie narodzenia Pana.

To „tylko” jeden dzień, który ma przypominać o ważnym, z punktu widzenia naszej religii, wydarzeniu. Jednak wcześniejsze doświadczenia (nasze bądź innych) pozwalają wierzyć, że za każdym razem, gdy ścieramy się z nieskończonością, w jakiś sposób – dla nas niezrozumiały – Jezus rodzi się w naszych sercach na nowo. W miejscu, gdzie umierają nasze codzienne, ludzkie troski, pojawia się Zbawiciel.

Z naszej ludzkiej rzeczywistości może – tak, jak teraz moją rodzinę – wyrwać cierpienie. Równie często do Bożego myślenia zbliża własna, nieprzymuszona refleksja. Myślę sobie, że warto nieco zmienić w tym świątecznym czasie optykę myślenia, choć na chwilę. Dla siebie, aby spotkać się z nowo narodzonym Jezusem. Rodzina, prezenty, pyszne jedzenie są ważne, ale nie są wszystkim, co możemy otrzymać w te święta.

Raz po raz pojawia się w życiu człowieka taka noc, w którą – żeby zrozumieć – trzeba przestać myśleć po ludzku, a zacząć po Bożemu wierzyć.

Cytaty pochodzą z kazania „Zamieszkało między nami” wygłoszonego przez ks. Tischnera w Wigilię, 24 grudnia 1983 roku, opublikowanego w książce „Wiara ze słuchania”, wyd. Znak, Kraków 2009. Tekst został pierwotnie opublikowany w grudniu 2011 roku na stronie switprzyherbacie.wordpress.com.

Marcie Arbatowskiej dziękuję za recenzję tekstu.