Gdzie się zapodział?

Gdzie się zapodział?

Szukam pod poduszką. Nie ma! Szukam w lodówce, na półce, potem zaczynam pytać najbliższą rodzinę, znajomych. Plakatów nie wywieszę, tak trochę głupio. W końcu godzę się z myślą, że zaginął na dobre, nie znajdę go już. A nawet jeśli, to będzie to dzieło przypadku. Usłyszę kilka pozornie nieważnych słów, zacznę drążyć, i wreszcie znajdę.

Śledztwo w sprawie postu

Na zanik praktyki postu wpłynęło bardzo wiele czynników. Żyjemy szybko, aktywnie, wiele sił „zużywamy” na zwykłe życie codziennością. W pewnym momencie przemiany w społeczeństwach europejskich sprawiły, że zaczęliśmy jadać trzy razy dziennie. Tyle teorii. Z praktyki dodam, że niektórym nie wystarcza posiłek rano, popołudniu i wieczorem. Za moich czasów w przedszkolu mieliśmy dodatkowo podwieczorek (a w domu była kolacja…). W grę wchodzi jeszcze jedzenie z nudy, dla towarzystwa, ze stresu. Konia z rzędem temu, kto znajdzie choć kilka osób w swoim otoczeniu które nie podjadają pomiędzy posiłkami. Można więc powiedzieć, że taka forma umartwienia umarła śmiercią naturalną.

ś.p. Post

Niech spoczywa w pokoju! Śledztwo można zamknąć, trup jest. Niedzisiejsza praktyka odeszła do lamusa. Oficjalnie pochowana, gdy w ogólnym jadłospisie pojawiło się śniadanie, a w świadomości chrześcijan zachodziły kolejne zmiany. Można rzec, że gwoździem do trumny było skrócenie postu eucharystycznego do godziny przed Mszą (wcześniej trzeba było nie jeść od północy).

Myślę, że dodatkowym czynnikiem jest również „zmiana wizerunkowa” naszego Szefa. Od umartwień i ascezy oraz postawy pokutnika przeszliśmy do radości Dziecka Bożego oraz kochającego i miłosiernego Boga. Kierunek jest jak najbardziej słuszny, w końcu On taki właśnie jest. Z drugiej jednak strony można odnieść wrażenie, że wraz z tymi wszystkimi zmianami zapomnieliśmy, że czasem trzeba z czegoś zrezygnować, by lepiej ujrzeć Boga.

Na wczoraj!

To, że w dzisiejszych czasach chcemy efekty naszej pracy mieć „na wczoraj” i osiągać sukcesy bez wysiłku jest znaną prawdą. W końcu kto by nie chciał za sprawą jakiejś magicznej różdżki czy złotej rybki nagle z dnia na dzień zmienić siebie, skończyć studia, kupić samochód i Szef jeden wie jeszcze co (najlepiej wszystko…). Przypomnę zatem pewną historię.

Po świecie kiedyś chodził taki Ktoś, kto miał – w założeniu ludzi Jemu współczesnych – zapewnić narodowi wolność polityczną tu i teraz (choć może poprawniej by było napisać: tam i wtedy…). Nawet Jego uczniowie czasem marzyli o tym, by ich Mistrz przestał grać „pokorne cielę”, wziął miecz do ręki i rozpędził Rzymian. A On? Przez trzydzieści lat żył sobie jak niepozorny Izraelita. Potem kilka lat nauczał, uzdrawiał, czasem uciekał przed faryzeuszami. Jaki to Zbawiciel? Odpowiedź niektórych zdziwi: najlepszy z możliwych.

Królestwo nie z tego świata

Wciąż mnie zastanawia: czemu Jezus nie zdecydował się zaprowadzić swoich rządów tu na ziemi? Kiedy jednak przypominam sobie fragment z Biblii o kuszeniu, to problematyczne pytanie przestaje sprawiać tyle kłopotów. Pamiętamy, że szatan proponował Jezusowi nasz świat. Wystarczyło tylko poddać się władzy szatana. A Jezus powiedział po prostu: nie. Żył przez ponad trzydzieści lat na ziemi, dzień w dzień wchodząc w codzienność człowieka. A ponieważ Jego królestwo nie jest z tego świata nie zostawił nam recepty na „załatwienie-wszystkiego-tu-i-teraz-na-wczoraj-byle-nam-było-dobrze”. Jakby chciał to załatwić w ten sposób poddałby się szatanowi.

Jezus zna dobrze naturę ludzką, wie, że jesteśmy niecierpliwi, że szukamy rozwiązań łatwiejszych i przyjemniejszych, że łatwo sobie odpuszczamy trud pracy nad sobą. To wszystko to konsekwencja grzechu pierworodnego. A On chce nas pociągnąć do Siebie, w górę.

Przydatne umartwienia

Po tej pozornej dygresji możemy wrócić do wątku postu. Post zaginął, ponieważ stał się pozornie zbyt ciężki w praktyce. Dlatego też w naszych czasach trapi nas czasem „przymus” pójścia w niedzielę na Mszę Św. czy „trud” codziennej modlitwy. Można odnieść wrażenie, że szukamy niezbędnego minimum potrzebnego do zbawienia.

Jezus pojawił się na tej ziemi, by niejako uświęcić nasze trudy, a nie zlikwidować. Żyjąc łatwo i przyjemnie nie znajdziemy Boga. Trzeba nieco wysiłku. Rezygnacji z czegoś, odnalezienia postawy gotowości do przemian czy wprowadzania zmian w duchu Ewangelii. Czasem będzie to cierpliwa, codzienna modlitwa. Każdy człowiek może znaleźć swoje osobiste wyrzeczenie, które mu pomoże na jakimś etapie drogi. Te „niemodne” i „odchodzące do lamusa”, które powinno się „pochować” umartwienia dają niesamowite pole do działania samemu Bogu.

Działanie „z góry”

Nie jest to handel wymienny, w którym za dziesięć dni postu dostaniemy od Boga żetony do wykorzystania w trzech życiowych sytuacjach. Przypomina to jednak pewną wymianę. My dajemy Bogu nasz trud, okazujemy chęć pójścia za nim, przemiany życia. Codziennie pokazujemy, że pamiętamy o Nim, tęsknimy, zależy nam, by z Nim być. Niejako w zamian za nasz trud otrzymujemy Boże łaski potrzebne, by codziennie żyć coraz lepiej. My mamy jeszcze „oczy na uwięzi”, więc nie jesteśmy w stanie czasem tego dostrzec i stąd może się rodzić frustracja. Dlatego potrzeba jeszcze dodatkowo zaufać, że Bóg czuwa nad nami i wie co robi.

Gdy na post spojrzymy z tej perspektywy, aż żal się robi, że w pewnym momencie niemalże zniknął z życia chrześcijan, zabierając ze sobą różne duchowe korzyści.

Tekst został opublikowany w kwietniu 2011 roku na stronie: nataliaswit.wordpress.com.