Dni próby

Dni próby

Są, moi drodzy, takie dni w życiu człowieka, i w życiu całych narodów, w których się ludzkie sprawy „nie mieszczą”. Są dni pełne utrapień, pełne ciężaru, bólów pełne, dni, w których sprawy ludzkie nie znajdują dla siebie miejsca.

Obok spraw związanych z istnieniem Boga, wiarą w Niego, rozwojem duchowym – obok tych wszystkich spraw, które się „nie mieszczą” w naszym ludzkim życiu jest jeszcze cierpienie. Ono też jest trudne do przyjęcia, jest czymś, od czego chcemy uciec. Czymś, co jest niewygodne, ponieważ zmusza do zmiany, do działania (albo przeciwdziałania).

Ozeasz uczy naród izraelski, aby umiał w rozmaitych nieszczęściach i tragediach dziejowych zobaczyć rękę Boga. Jest to wielka nauka, wielka mądrość. Polega ona na tym, ażeby z każdego nieszczęścia wyciągnąć naukę dla siebie, aby zobaczyć, czym jest naprawdę nieszczęście.

Cierpienie uczy. Przede wszystkim pokory – żeby pomóc drugiej osobie rezygnujemy z siebie, z czegoś, co mamy – z czasu, pieniędzy, czasem nawet z godności. Nie żartuję. Szczególnie dobrze to widać w służbie zdrowia. Aby coś załatwić, trzeba się nie raz płaszczyć. I choć człowiek chciałby być potraktowany po ludzku, staje się numerkiem w rejestrze. Albo to zaakceptuje i będzie leczony, albo będzie się kłócił – i co wtedy? Czy mam prawo kłócić się o to, że czekam pięć godzin na wejście do gabinetu, skoro mogłabym nie być w ogóle przyjęta?…

Czego jeszcze można się nauczyć? Zawierzenia, choć często jest to zawierzenie związane z jakimś aktem rozpaczy albo z zaciśniętymi ze złości zębami. Można nauczyć się wiary „pomimo wszystko”, a nie ze względu na duchowe cukierki. Listę może wydłużyć każdy, kto cierpiał. Każda historia jest inna i każdy znajduje w niej coś innego dla siebie.

Ale co to znaczy – zobaczyć naprawdę, czym jest nieszczęście?

Żyjemy w czasach, gdy cierpienie przyjmuje różne formy. Ze względu na to, że jesteśmy coraz bardziej samolubni, nastawieni na „nadawanie” i coraz mniej nastawieni na „odbiór”, nawet najmniejsze cierpienie staje się większe tylko dlatego, że nie zostaje z cierpliwością i zrozumieniem wysłuchane. Żyjemy więc, na różne sposoby wyśmiewając cierpienie, ukrywając je lub twierdząc, że w sumie to taki stan rzeczy nam odpowiada (zamiast pięknej, wieloletniej relacji są miłostki, które – no cóż – w sumie nam odpowiadają…). Czasem też próbujemy je usunąć na wszelakie sposoby. To nie pozwala nam rozróżnić, co jest przykrością, co cierpieniem – a co jest prawdziwym nieszczęściem.

Co jest zatem nieszczęściem? Coś, co wywiera znaczący wpływ na życie człowieka. Co tak rozbija starannie zaplanowaną codzienność, że nie wie się, co będzie jutro się działo. Co sprawia, że dotychczasowe życie musi ulec zmianie. Inaczej człowiek… nie przetrwa.

Kiedy człowieka dotknie nieszczęście, człowiek w pierwszej chwili nie wie, co to znaczy, nie umie sobie z nim poradzić.

Trudno jest poradzić sobie, kiedy znajdziemy się nagle w sytuacji cierpienia. Przypomina to stanie naprzeciw walca, który jedzie prosto na nas, a my jesteśmy zbyt przerażeni, by uciec. Bólu dodają sytuacje, których nie można uniknąć – ucieczka oznacza późniejsze problemy. Nie mogę zrezygnować z wizyty u lekarza, która jest dla mnie źródłem ogromnego stresu (zrezygnować w myśl zasady „lepiej nie wiedzieć niż wiedzieć”), ponieważ może to oznaczać w dalszej perspektywie śmierć. Drastyczne, prawda? Ale jeśli będzie nawrót nowotworu będzie się liczyć każdy dzień. Więc nie mogę zrezygnować. MUSZĘ pójść. Co z tego, że wcześniej wyniki były dobre? Strach, że mogą pojawić się komplikacje, zostanie ze mną na długo. Pomimo zawierzenia Bogu, na dnie świadomości zostaje strach przed powtórką.

Opowiadając o nieszczęściach, jedynie pomnażają świadomość własnego nieszczęścia. Mówiąc o nieszczęściach, nie potrafią się od tych nieszczęść oderwać. Ich serce jest przytoczone bólem, tracą nadzieję, grozi im rozpacz.

Niestety, niewiele osób rozumie, ile frustracji powodują trudne życiowe sytuacje. Zwykle tylko Ci, którzy sami coś przeżyli i przemyśleli. A takich ludzi jest stosunkowo niewielu. Wciąż jednak mówienie o nieszczęściu wydaje się być jedynym sposobem poradzenia sobie z nim. Człowiek ma wrażenie, że jeśli opowie swoją historię bliźniemu, otrzyma potrzebne współczucie, zainteresowanie i to spotkanie, ta rozmowa da mu tak potrzebną siłę. „Niestety” – siłę może dać tylko Bóg. Niewidzialny dawca łask, Ktoś, do Kogo możemy się pomodlić, ale Kogo nie zobaczymy twarzą w twarz aż do śmierci.

W tym momencie w człowieku powstaje rozdarcie – już nie wie, do kogo się zwrócić. Człowieka widzi, człowiek jest obok, ale często nie potrafi dać tego, na co czeka cierpiący. Bóg jest ukryty, ale z drugiej strony tylko On może rzeczywiście nam pomóc, choć – kolejny paradoks – „z trzeciej strony” – działa również przez ludzi. Trudności w rozeznaniu mnożą się, przytłaczają szukającego pomocy.

Kolejną trudną kwestią jest wybór: cierpieć będąc w relacji ze Stwórcą, czy uciec od Niego w tym trudnym czasie? Bądź pomimo wszystko nie nawiązywać z Nim więzi? Zupełnie inaczej cierpi się z Bogiem i bez Niego. To drugie cierpienie oznacza skończoną perspektywę, według niej życie jest po prostu słodko – gorzkie. Albo cierpienie jest jedynie karą z nieba. A nie jest to kara, w końcu:

Prorok Ozeasz powiada, że pod każdym nieszczęściem kryje się coś więcej: kryje się wola Boża. Że każdy ból jest napomnieniem, jest upomnieniem. (…) Każde nieszczęście ma być okazją do nawrócenia. Kto to rozumie, ten nie biegnie do sąsiada, żeby mu o nieszczęściu opowiadać. Ten nie mówi o nieszczęściu – ten niesie swoje nieszczęście w milczeniu.

Ciężko jest milczeć, kiedy ból duszy metaforycznie pisząc rozrywa człowiekowi wnętrzności. Nawet, jeśli zaakceptuje się fakt, iż może być ono napomnieniem, wezwaniem do nawrócenia. I co z tego? Nie ma innych sposobów, by wezwać do pogłębienia relacji z Bogiem, niż dopuścić ogromne, długotrwałe cierpienie, które cały czas tylko wypełnia raz nadzieja, raz załamanie? Raz coś już niby idzie ku lepszemu, ale zanim człowiek oswoi się z tą myślą, już pojawia się kolejny kłopot. Lewis w książce „Problem cierpienia” pisze, iż często dopiero cierpienie – krzyk Boga – wybudza nas z marazmu w wierze.

Potrzeba czasu i determinacji, by ten ból, to rozdarcie w środku zamienić w milczenie, które coś dla Boga znaczy.

Ale ci, którzy rozumieli, że nieszczęście jest krzyżem, pouczeniem, ci wiedzieli, co z tym bólem zrobić. Ci, skruszeni, zamieniali ten ból w wielkie słowo modlitwy.

Jaki krzyż? Chciałoby się wykrzyknąć. W takich chwilach często się słyszy „jak Pan Bóg kogoś kocha, to krzyżyki daje”. Niektórzy mówią, że aniołowie zazdroszczą nam tego, że możemy przyjmować Komunię świętą oraz… cierpieć.

Nasze cierpienie przeżywane w jedności z Bogiem jest cierpieniem przeżywanym wraz z Chrystusem na krzyżu. Teologowie mówią o tym, że to ludzkie przeżywanie trudności zostaje przyjęte przez Jezusa jako współudział w odkupieniu świata. Wkładem każdego z nas w zbawcze dzieło. Mężnie przeżywane cierpienia oznacza pójście Jego drogą.

A tam, gdzie jest krzyż, tam nie ma nieszczęścia. Chociaż krzyż boli, człowiek rozumie krzyż. Wie, że krzyż przyjść musi, że tam, gdzie jest krzyż, tam jest próbowanie złota, tam jest oddzielanie ziarna od plew, tam jest zbawianie siebie i innych.

Zatem złoto próbuje się w ogniu. Kolejny slogan… Ale za tymi sloganami jest głębsza prawda, przysłonięta, odarta z piękna przez te wyświechtane słowa. Slogan mówi: tak jest, przyjmij to i już. Głębsze poszukiwania pozwalają nie tylko przyjąć trudy, ale szukać ich sensu, spierać się z Bogiem – są przeżywane konstruktywnie. I to jest spór, który owocuje usunięciem ze złota zanieczyszczeń. To jest ta wizja krzyża, która moim zdaniem pokrywa się z zamierzeniem Stwórcy. Z planem, w myśl którego czas tu na ziemi jest czasem formacji, kształtowania. Pytanie tylko, czy damy się Stwórcy kształtować.

Nie chodzi o to, by z uśmiechem na ustach przechodzić przez wszystkie próby i dziękować za nie Bogu. Tak potrafią chyba tylko święci. Nawet nie wiem, czy sensowne jest dziękować Bogu za cierpienie, skoro to nie ono jest celem samym w sobie: celem jest praca nad duszą człowieka. Ważne jest, żeby człowiek

(…) rozumiał Boga, który działa w nim. Żeby zrozumiał to, co znaczy być n a r z ę d z i e m Boga. Wtedy w spokoju i w nadziei weźmie swój krzyż. Nie będzie o nim opowiadał, nie będzie się nim chwalił. Poniesie go przez życie, razem z Jezusem Chrystusem, ku dniom wielkiego zmartwychwstania. Amen.

Cytaty pochodzą z kazań: „Dni próby” wygłoszonego przez ks. Tischnera w Uroczystość Narodzenia Pańskiego, 25 grudnia 1982 roku, oraz „Kiedy przychodzi nieszczęście”, z 7 lipca 1982 roku, opublikowanych w książce „Wiara ze słuchania”, wyd. Znak, Kraków 2009. Tekst został pierwotnie opublikowany w styczniu 2012 roku na stronie switprzyherbacie.wordpress.com.