Czekając na słowo

Czekając na słowo

Ozeasz uczy naród izraelski, aby umiał w rozmaitych nieszczęściach i tragediach dziejowych zobaczyć rękę Boga. Jest to wielka nauka, wielka mądrość. Polega ona na tym, ażeby z każdego nieszczęścia wyciągnąć naukę dla siebie, aby zobaczyć, czym jest naprawdę nieszczęście.

Ksiądz Tischner w tym samym kazaniu, w którym odwołuje się do księgi Ozeasza mówi o przekazie, który odnajdujemy w Ewangelii z tego samego dnia. Jest on zupełnie inny niż ten ze Starego Testamentu. Można wręcz odnieść wrażenie, że dopiero po odpowiednim przygotowaniu, dopiero po przeżyciu pewnego cierpienia człowiek jest w stanie w pełni przyjąć od Boga ważny dar: dar powołania.

Powołanie ucznia to także działanie Boga. Ale jakżeż inne to działanie! Chrystus przywołuje i posyła. Zaprasza i wskazuje drogę. Nie przez lęk, nie przez strach tutaj działa, ale przez dobrą wolę człowieka.

Pojawia się tutaj pytanie, co jest pierwsze. Czy cierpienie, które zmusza do powrotu do Boga, czy powrót do Boga, który pozwala inaczej przeżyć cierpienie. Z jednej strony mamy człowieka, który już nie chce dłużej cierpieć na próżno, który rozpaczliwie szuka wyjaśnienia i sensu tego stanu. Z drugiej strony ktoś, powróciwszy właśnie do Boga, nabiera zdolności stawienia czoła cierpieniu, które pojawia się zupełnie niespodziewanie.

W moim wypadku wcześniejsze trudności wpłynęły na nawrócenie, bez którego moje obecne względnie dobre funkcjonowanie nie byłoby możliwe. W najgorszych momentach mojego życia Bóg był obok, a jeśli myślałam, że Go nie ma, to zawsze była wiara, przynajmniej ta „przez zaciśnięte zęby”.

Powołanie oznacza zmianę perspektywy, inne postrzeganie otaczającej nas rzeczywistości i różnych kluczowych kwestii. Często mówi się o tym, że powrót do Boga to wejście w system nakazów i zakazów. A tymczasem jest to wybór wolności.

(…) Chrystus podobnie mówi do człowieka: nie musisz, niczego nie musisz. Możesz. Wszystko możesz! Niczego nie musisz. A co to znaczy, że wszystko możesz? To znaczy, że jesteś wybrany.

Jezus pomaga nam otworzyć się na prawdziwą wolność. Pokazuje, że mając do wyboru grzech i dobry uczynek możemy wybrać dobro, nie musimy tkwić w tym, co złe. Dalej, jeśli do wyboru mamy dobro i coś lepszego, uzdalnia nas do wyboru tego czegoś „lepszego”, co sprawia, że nasza relacja z Jezusem ulega znaczącemu pogłębieniu. Oglądanie telewizji w czasie wolnym nie jest złem, natomiast tym większym dobrem byłoby rozwieszenie prania wspólnie z Mamą. Albo spacer połączony z wyniesieniem śmieci, podjechanie do Babci i zrobienie zakupów dla niej. Zanim jednak to wszystko ma miejsce, jest chęć pójścia za Jezusem.

Najpierw jest to słowo: jeżeli chcesz, to możesz.

Jeżeli chcesz, rzeczywiście chcesz, możesz wybrać Jezusa, postawić Go na pierwszym miejscu. Wybór ten oznacza pójście za Nim.

A potem człowiek pyta: co mam robić? Chcę – ale co mam robić? I wtedy Chrystus daje wskazania, a człowiek w posłuszeństwie idzie swoją drogą.

Co mamy robić? Słuchać Jezusa, czytać Ewangelię i rozważać Jego słowa, a potem żyć cierpliwie dalej. Żyć i trwać przy Bogu, będąc przy Nim zarówno w chwilach naszych codziennych radości, jak i ogromnego smutku. Taka postawa jest owocem posłusznego pójścia za Jego wskazaniami. Jest owocem, a nie czymś, z czym zaczynamy naszą drogę. Choć niektórych rodzice ukształtowali w taki sposób, że wybór Jezusa nie jest dla nich czymś tak trudnym jak dla tych, którzy wybrali Jezusa dopiero na pewnym etapie życia.

Co jednak oznacza bycie wybranym? Czy chodzi o bycie wybranym do wolności? Skoro tak, to dlaczego nie każdy jest wybrany? A może każdy może nim być, tylko nie każdy chce? Okazuje się, że

Chrystus nie wybiera za c o ś, raczej wybiera p o m i m o  w s z y s t k o.

Zatem każdy może być wybranym. Musi „tylko” chcieć.

Cierpienie nie jest naturalnym działaniem Boga. Bóg chce powoływać, przyciągać pięknem. Chce naszego szczęścia – w uszach osoby cierpiącej brzmi to może jak kiepski żart, ale tak jest. Pamiętajmy, że Bóg tylko dopuszcza cierpienie, czasem również po to, by przyciągnąć kogoś do siebie, jednak

O wiele ważniejsze jest to drugie działanie – poprzez powołanie, wezwanie, poprzez łaskę, poprzez sakrament.

Cierpienie jest środkiem, który pojawił się dopiero po popełnieniu przez naszych prarodziców grzechu pierworodnego. Bóg cały czas działa urokiem, jednak my często mamy zamknięte oczy i nie widzimy tego. Tym, co współczesnego człowieka może wybić z samozadowolenia, z koncentracji na własnej przyjemności wydaje się być tylko cierpienie. Ale nie zawsze. Jest wiele sposobów, które czasowo potrafią uśmierzyć ból fizyczny i psychiczny. Zatem cierpienie może nas obudzić, ale może też zostać zignorowane i pozornie zaleczone ludzkimi środkami.

Jeśli jednak decydujemy się pójść za Jezusem, w chwilach trudnych pojawia się ogromne pragnienie otrzymania pomocy z góry. Tischner pisze w odniesieniu do Narodu Wybranego iż

Najcięższe było to, że nie było słowa. Słowa, które daje człowiekowi życie, które przywraca człowiekowi nadzieję.

W jednej z Ewangelii czytamy: „A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas.” (J 1,14). Z jednej strony czekamy na słowo, które nas pocieszy, z drugiej – na samego Jezusa. Na Jego działanie.

Są takie słowa, które nie człowiek wymyślił, ale które wymyślił sam Bóg. Niewiele tych słów, ale są ważne, najważniejsze. I nic nie było dla tego narodu zbyt trudne, nic. Jedno tylko było trudne i nie do zniesienia: brak słowa. A kiedy przyszło słowo, wszystko się zmieniało.

Kiedy idziemy z Jezusem, to, co zaczyna się liczyć, to nie cierpienie, choć jest trudne, ale Jego słowa. Nie zawsze te z Ewangelii. Człowiek cierpiący wyczulony jest na słowa, które sprawią, że coś w duszy drgnie, na sercu zrobi się nieco cieplej, a na ustach pojawi się pierwszy od dawna, niewymuszony uśmiech. To może być zdanie wypowiedziane przez przyjaciela, usłyszane na kazaniu, przeczytanie w jakiejś książce, usłyszane przypadkiem w metrze czy tramwaju.

Człowiek cierpiący to człowiek oczekujący słowa pociechy. Słowa, które sprawi, że nadzieja, która ledwo się tli zacznie płonąć na nowo. Życie nagle nie zmieni się na lepsze, a przynajmniej rzadko tak jest, by zmartwienia zniknęły i zostawiły człowieka wolnego na dłuższy czas. Powróci jednak nadzieja, a to już dużo.

Ale wiadomo, że nastaje ciemność, że brakuje nadziei. I takie dni przeżywaliśmy, i jeszcze ciągle przeżywamy. Ludzkie się sprawy nie mieszczą.

Trzeba poczekać na słowo. Cierpliwie. Ono przychodzi. Nie w ostatniej możliwej chwili, ale chwilę później. Kiedy już ogłaszamy koniec, wtedy pojawia się Słowo i mówi: to dopiero początek.

Cytaty pochodzą z kazań: „Dni próby” wygłoszonego przez ks. Tischnera w Uroczystość Narodzenia Pańskiego, 25 grudnia 1982 roku, oraz „Kiedy przychodzi nieszczęście”, z 7 lipca 1982 roku, opublikowanych w książce „Wiara ze słuchania”, wyd. Znak, Kraków 2009. Tekst został pierwotnie opublikowany w lutym 2012 roku na stronie switprzyherbacie.wordpress.com.