Bóg, który się wymyka

Bóg,który się wymyka

Wsłuchując się w nagranie stwierdzam: „trudna jest ta mowa”. Miało być łatwo, lekko i przyjemnie. Okazuje się jednak, że relacja z Bogiem bardziej przypomina spacer po polu minowym, niż przechadzkę w sceneriach podobnych do tych z Edenu.

Wraz z Ojcem Prowincjałem Krzysztofem Popławskim OP przyjrzymy się kilku kwestiom – moim zdaniem kluczowym – które są kilkoma „niewypałami” leżącymi na naszej trasie.

Po co w naszych czasach ludziom Jezus?

Pytanie to u swoich podstaw ma pierwotniejsze pytanie, czy do pełni człowieczeństwa potrzebne jest doświadczenie transcendencji. Uważam, że tak. I my wierzymy, że dla nas jako chrześcijan ta transcendencja objawiła się w Jezusie Chrystusie. Mógłbym więc odpowiedzieć, że Jezus jest nam potrzebny do pełni człowieczeństwa.

Ale kiedy spojrzymy na młodego człowieka to widać, że do szczęścia – można rzec, do pełni życia – wystarczy mu partner, studia, praca. Co może być przyczyną tego „ograniczenia”?

Po pierwsze, uważam, że problem polega na tym, że Pan Bóg nam się wymyka. To wszystko, co jest związane ze sferą doświadczenia poza tym doświadczeniem codziennym, czyli „namacalnym”, jest naprawdę trudne. Może dojść- i często dochodzi do takiego punktu, że ludzie mówią sobie: skoro to jest tak często niedookreślone, tak trudno doświadczalne, nie będę się tym zajmował. Zajmę się tym, co jest „dotykalne”, wydaje nam się, że pewne. I w tym bym przede wszystkim upatrywał przyczyn tego, że bardzo często może przyjść taki moment gdy człowiek na sprawy religijne obojętnieje. Dlatego że mu się to ciągle i na różne sposoby wymyka.

Czyli to jest coś takiego przerażającego w pewnym stopniu?

Mówi się w tradycji religijnej o tajemnicy. Można też powiedzieć: tremendum, ale i fascinosum, znaczy, że to jest fascynujące, ale i przerażające. Tajemnica ma w sobie, jeżeli można użyć takiego słowa, mimo wszystko coś ciepłego. Coś, co w pierwszym odruchu wywołuje w nas dosyć pozytywne odczucia. Ale ta tajemnica czasami właśnie przez to, że jest nieprzenikniona, powoduje, że człowiek rezygnuje. I mówi: no, to ja już nie chcę tego szukać.

Jedną z takich rzeczy „odstraszających” ludzi jest również pewien radykalizm w pójściu za Jezusem. Czy nie są to może dla nas „za wysokie progi”?

To też jest ciekawe. Jest cała dyskusja przyglądająca się historii Kościoła. Czy jest tak, że Kościół specjalnie obniżył wymagania, które były wymaganiami Jezusa…

Obniżył?!

Obniżył, osłabił tak, że ten radykalizm pierwotnej wspólnoty często jest daleko bardziej wyrazisty, mocny, niż radykalizm współczesnych form życia ewangelicznego. A z drugiej strony, czy jest tak, że Pan Bóg, także Kościół, jako mądry pedagog próbuje stawiać pewne wymagania, ale nie od razu te największe wszystkim. Na przykład trudno wymagać, żeby wszyscy chcieli być męczennikami. Czy żeby wymagany był heroizm tam, gdzie człowiek ze swoją słabością może ledwo być na poziomie, nazwijmy to „walczącego o życie na powierzchni”.

Te trudności wydają się być „zaporowe”. Istnieje coś, co może przyciągnąć ludzi do Jezusa?

Bardzo mnie uderzyło, jak w encyklice Deus Caritas Est Benedykt XVI w pierwszym punkcie podkreśla, że bycie chrześcijaninem nie jest kwestia jakiejś decyzji etycznej, wyboru człowieka, ale bierze się ze spotkania z wydarzeniem, z osobą Jezusa. Wydaje mi się że to przyciągało w chrześcijaństwie na samym początku, to doświadczenie wspólnoty. Tej wspólnoty Kościoła, która się razem modli, żyje i pomaga sobie wzajemnie. W tym doświadczeniu ludzie odkrywali, że czerpią siłę z czegoś większego niż tylko oni sami. Patrząc od takiej strony na Kościół myślę, że to co nas przyciąga – taki pierwszy moment przychodzenia do Kościoła- to jest wspólnota. Wspólnota naszej rodziny, potem doświadczenia w parafiach, duszpasterstwa akademickie i tak dalej, i tak dalej. Ale to się zaczyna od wspólnoty. Myślę też, że Kościół mógłby przyciągać, i w wielu miejscach przyciąga, pięknem liturgii. Również posługą sakramentalną, chociażby, może najmniej widoczną, posługą spowiedzi. Zatem wspólnota, liturgia. Myślę, że te dwie rzeczywistości są najbardziej przemawiające.

To jest ta piękniejsza strona medalu. Z drugiej strony, w książce „Męskie myślenie” wspomina Ojciec o ludziach, którzy w czasie kazań „wyłączają się”. Można w jakiś sposób ich „obudzić”?

Takie „wyłączanie się” może trwać przez lata i wtedy człowiek nie widzi, nie słyszy, nie doświadcza jakiegoś punktu stycznego między tym, co mówi kaznodzieja a swoim życiem. To może być z jednej strony problem kaznodziei, który używa języka zupełnie nie przystającego do doświadczenia tych ludzi, bądź też problem tych ludzi, którzy przychodzą do kościoła i niczego się nie spodziewają, rytualnie odprawiają to, co do nich należy. Wyjściem z tej sytuacji jest, jeśli można to tak określić, zbliżenie tych dwóch światów. Zasadniczo to nie są dwa oddzielne światy. Ale właśnie ze strony kaznodziei poszukiwanie odpowiedniego języka i na tyle znajomość współczesnego świata i problemów tych ludzi, żeby znajdywać jak najwięcej punktów stycznych. Czasami może się okazać że jedno zdanie, jedno słowo które gdzieś kogoś dotknęło w jego osobistym doświadczeniu, otwiera w nim jakąś przestrzeń. Może być ona potrzebna, by mógł zajść dalszy proces dochodzenia do wiary czy dojrzewania. Ale myślę, że jeden z głównych problemów to jest to, co można określić jako styczność pomiędzy językiem a doświadczeniem.

Ojciec wiele podróżuje. Czy z tej perspektywy można ocenić, czy ludzie w naszych czasach szukają Jezusa?

Ludzie, kiedy już przestaną kogoś udawać bądź też zejdzie takie złotko codziennych spraw, przede wszystkim szukają więzi, sensu. Często za tym kryje się też pytanie o potrzebę transcendencji, czyli czegoś głębszego. Czegoś, co niekoniecznie od razu uporządkowałoby cały świat, ale by nadało kierunek myślenia, życia. Mam takie doświadczenie w różnych stronach świata – jeżeli zawiązuje się jakieś relacje, znajomości, to prędzej czy później dojdzie do pytań i rozmów o zupełnie podstawowych doświadczeniach, które są niezależne od szerokości geograficznej. To są doświadczenia naszych rodzin, miłości, więzi z innymi ludźmi, problemów, zdrady, samotności. Nazywam to na własny użytek „podstawowymi doświadczeniami”, które człowiek sam z siebie, niezależnie od kultury, niezależnie od – jak wspomniałem – szerokości geograficznej napotyka.

Jest jakaś granica, z poza której nie ma już powrotu do Boga?

Wierzymy, że w stronę Pana Boga nie ma granicy. Czasami my sami jako ludzie stawiamy pewne ograniczenia. Myślę że pojawia się to w sytuacjach, w których ludzi ogarnia rozpacz, nie tylko w odniesieniu do Pana Boga ale też w odniesieniu do innych ludzi. Jest możliwe takie doświadczenie, w którym człowiek nie widzi już żadnego wyjścia. Ale tak jak wspomniałem głęboko wierzymy, że Pan Bóg nam żadnych granic miłości i możliwości powrotu nie stawia. Zresztą Jezus też o tym wielokrotnie mówił i później święty Paweł pięknie pisał, że Chrystus przyszedł zbawić wszystkich.

I z tym optymistycznym akcentem zostawiamy Czytelników. Bardzo dziękuję za rozmowę.

Wywiad ukazał się pierwotnie w kwietniu 2011 roku na stronach Radia Wnet oraz switprzyherbacie.wordpress.com.