Adwent przez cały rok

Adwent przez cały rok

Rozpoczął się już Adwent. Dla duszy jest to czas przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia. Oraz do paruzji – powtórnego przyjścia Jezusa.

W duchowym przygotowaniu mają nam tradycyjnie pomóc rekolekcje parafialne, liczne rozważania zamieszczane w internecie, Roraty oraz kazania, które przez ten czas głosić będą kapłani. Nie mówiąc już o rekolekcjach wyjazdowych. Opcji jest tyle, że można dostać zawrotu głowy. Propozycje na każdą kieszeń, dla mniej i bardziej wymagającego katolika, dla kogoś, kto ma więcej czasu i dla kogoś, kto żyje w ciągłym biegu.

W Adwencie, tak, jak w Wielkim Poście, chodzi o to, by przeżyć duchową przemianę. Aby na chwilę wyrwać się z codzienności, przypomnieć sobie o istnieniu Pana Boga. A jeśli o tym pamiętamy na co dzień, to zaczerpnąć siły. Właśnie po to istnieją te dwa szczególne okresy liturgiczne – aby część roku przeznaczyć na bardziej intensywny rozwój ducha. Skoro przed wakacjami się odchudzamy, przed sesją uczymy, a w ciągu roku pracy znajdujemy czas na urlop: dlaczego nie zadbać w tym przedświątecznym czasie o stan duszy?

Wiara ze słuchania

Dla mnie bardzo istotnym elementem wiary jest słuchanie. Bez niego niemożliwym jest otworzenie się na to, co mówi drugi człowiek.

Mamy tendencję do rozwlekłego gadania. Pewnie dlatego, że na co dzień zwykle nikt nas nie słucha z uwagą, więc jak już się ktoś trafi, to chcemy to wykorzystać. Zwykle też „traktujemy z góry” naszego rozmówcę. Objawami tego jest ciągłe deprecjonowanie wypowiedzi, na głos czy w myślach. „O, jak głupio zrobił!” „Gada głupoty, nie zna się na życiu!”. Dajemy sobie monopol na poznanie prawdy. Przy okazji też monopol na największe cierpienie, trudności. Inni mają lepiej, to mnie Pan Bóg doświadcza.

Z trudem przychodzi nam przestawić guzik z „nadawania” na „odbiór” w relacjach międzyludzkich. A co dopiero w relacji z Bogiem?

Zacznijmy od słuchania ludzi. W czasie rekolekcji mamy okazję posłuchać słów kogoś, kto patrzy z zupełnie innej perspektywy niż my. Mamy niepowtarzalną szansę, by posłuchać słów człowieka, którego doświadczenie jest odmienne od naszego, ale który również kroczy drogą do Boga. Takich słów zwykle brakuje nam na co dzień, w coraz bardziej zlaicyzowanym, wróć – coraz mniej świadomym swoich korzeni społeczeństwie. Skoro 90% Polaków to katolicy wierzący w Boga to problemem nie jest laicyzacja, tylko niewystarczająca, zwykle kiepska katechizacja. (mała dygresja – precyzuję, że chodzi o wierzących katolików, ponieważ dobrze by było, by wiara w Boga szła w parze z coraz lepszym poznaniem Boga. A jak jest, każdy widzi).

Ponadto, zwykle nie znamy osobiście księży, którzy głoszą rekolekcje, czy piszą adwentowe rozważania w internecie. To sprawia, że nie interpretujemy ich słów od razu ze względu na to, kim są, a oni mają też więcej dowolności w głoszeniu kazań. Często mogą rozwinąć skrzydła i wreszcie porządnie huknąć z ambony. Jeśli rekolekcje się nie spodobają, najwyżej proboszcz ich nie zaprosi raz jeszcze, bądź nie będą ich pisać za rok. Choć odnoszę wrażenie, że w sieci nie tylko łatwiej jest znaleźć dobre rozważania na Adwent czy Wielki Post, lecz także dają one więcej do myślenia niż przeciętne kazanie. A przede wszystkim szansę na to, by usiąść nad tekstem z herbatą w ręku i zwyczajnie się nad nim zastanowić.

Dochodzi tu jeszcze jedna kwestia: rozmijania się teorii z praktyką. Sama łapię się często na tym, że kiedy piszę teksty z serii „Młodzi i Reguła Świętego Benedykta”, mam wiele do napisania, ale potem walczę, by teorię zachować w praktyce. Jedna z moich znajomych po tym, jak się zawiodła na księdzu powiedziała: teraz, jak słucham jego kazań, dzielę to, co mówi przez dwa, a nawet przez cztery. Smutne, ale prawdziwe. Dlaczego smutne? To, że zawiodła się na kapłanie, to jedna kwestia. Drugą jest to, że ma on bardzo ciekawe i inspirujące kazania. Ze względu na jego potknięcie przestała czerpać inspirację. Pewnie znalazła inne źródło, ale prawdopodobnie teraz będzie patrzeć na całokształt, a nie wsłuchiwać się w słowa. Choć to trudne, zawsze w takiej sytuacji można słuchać, brać przemyślenia sobie do serca, ale uczynków nie naśladować (jak np. pisał św. Benedykt w Regule).

Powiedz choć słowo…

A czy słuchamy Pana Boga? On chce do nas mówić ale – znów – my wolimy mówić. Kolejne zdrowaśki, Koronka, Anioł Pański. Tak klepiemy, klep, klep, byle wyklepać… ale czy o to chodzi? Nie deprecjonuję ogromnej wagi i wartości tych modlitw, jednak wydaje mi się, że taka modlitwa „gadana” jest taką dlatego, że boimy się słuchać. Albo oczekujemy, że Bóg odpowie w naszym ludzkim języku, a kiedy tego nie robi – zniechęcamy się. Zostajemy przy tym, co znamy, co jest przewidywalne. Bóg zaś lubi zaskakiwać.

On mówi – cały czas. Przez Pismo Święte, wydarzenia, które nas spotykają na co dzień. Korzysta z pomocy innych ludzi, których słowa kieruje do nas. Wreszcie – mówi przez ciszę i pokój. Komunikuje się z nami ponad słowami, które są czysto ludzkie – poprzez obecność. Potrafi sprawić, że w naszej duszy coś się zmienia, pod wpływem kilku przeczytanych słów, rozmowy, czy pięknego widoku na ośnieżony park.

Do mnie najczęściej Bóg przemawia przez książki i różnego rodzaju wydarzenia. Kiedy czytam kolejne dzieła katolickich autorów otwiera się przede mną możliwość nieco lepszego poznania Boga. Dziedzictwo Kościoła zapisane w ten sposób jest ogromne i jest z czego czerpać – nie tylko z Biblii.

Rekolekcje dla każdego

Najważniejszym sposobem mówienia Boga do nas są wydarzenia. Łatwo pozostać obojętnym na słowa obcego człowieka, nawet osoby bliskiej. Trudniej, kiedy coś w życiu nagle się wali z hukiem.

Jeśliby tak przyjrzeć się uważniej, w życiu nie istnieje czas bez jakichkolwiek zmartwień. Zwykle jest „coś”: nieporozumienie z koleżanką ze studiów, problemy z pracą, chłopakiem, niezdany egzamin, choroba, śmierć osoby bliskiej. Zawsze coś. Zawsze jakiś smutek wciska się przez drzwi bądź okna naszej duszy. Być może właśnie dlatego, zamiast przyjrzeć się im lepiej, odnaleźć głębię i zobaczyć w nich Boga, lekceważymy te mniejsze i większe utrapienia i zamykamy się w sobie.

Ledwo wykaraskałam się z jednego zmartwienia, znów wpadłam w drugie. I to – jak zwykle – uderzyło mocno. Mój Dziadek leży w szpitalu. Ma szanse na przeżycie, ale jakie, i ile może potrwać rekonwalescencja – nie wiemy. Święta straciły w tym momencie na znaczeniu, a tematem numer jeden są rozmowy o Dziadku i o nas, jego bliskich – rozmowy, w których próbujemy się wzajemnie wspierać.

Piszę o tym nie po to, by się „chwalić” czy żalić, tylko by skłonić do refleksji. Adwent trwa cztery tygodnie, Wielki Post – czterdzieści dni. Przeciętne rekolekcje trwają trzy dni. Zatem sześć dni w roku przychodzimy do Kościoła, by przeżyć odnowę duchową. Nie jest to… mało?

Adwent przez cały rok

Proponuję zamiast teraz czytać i słuchać na potęgę konferencji i kazań, przyjrzeć się swojemu życiu. Teoria nie zaszkodzi, ale za nią niech idzie praktyka. Proponuję zanurzyć się w codzienności i w niej szukać Boga, a konferencji słuchać, kiedy potrzebujemy inspiracji, a nie wtedy, gdy akurat musimy – bo jest Adwent.

Proponuję, żeby każdy z nas rekolekcje „odprawiał” przez cały rok. Trochę w myśl Reguły św. Benedykta, w której mówił, iż łaską jest, kiedy mnich może żyć przez cały rok jak w Wielkim Poście. Nie chodzi o katowanie się cały czas godzinami modlitw, konferencji, codzienne chodzenie na Mszę świętą itd., tylko o to, by być uczniem Pana na co dzień. By mieć oczy szeroko otwarte. Rekolekcje mogą poruszyć pewną strunę, ale zmiany mogą nastąpić tylko, gdy przejdziemy z teorii w praktykę. A myślę, że właśnie o to chodzi w „duchowej przemianie”, pod którą grunt szykujemy w Adwencie.

Jeśli ktoś chce tradycyjnie w Wielkim Poście i Adwencie czerpać duchowe siły, a w ciągu roku walczyć – dobrze. Jeśli ktoś inny dawkuje sobie teorię i praktykę w miarę potrzeb – też dobrze. Najważniejsze jest to, by przeżyć czas owocnie.

Tekst został opublikowany w grudniu 2011 roku na stronie switprzyherbacie.wordpress.com.