21 kwietnia 2019

Odwagi. On zwyciężył świat…

***

Co czuję? Lęk i niepokój, co dalej. W życiu – zbyt wiele niewiadomych, choć zaczynam widzieć pewien kierunek. Zaczynam widzieć nowe, choć „stare” ma się dobrze, czasem zbyt dobrze…

Jedną nogą jestem po drugiej stronie trudności, jedną wciąż uparcie tkwię w przeszłości. Nie wiedząc, jak ją ruszyć. Bojąc się ją ruszyć. Zastanawiając się, jak dostawić nogę, żeby się nie przewrócić, a nawet jeśli się przewrócę – by się nie poobijać za bardzo.

***

W zaprawie do dzisiejszej medytacji na Pogłębiarce jezuita Przemysław Gwadera mówił o lęku, o niepewności tych, którzy szli do grobu.

I ja teraz doświadczam tego, że poranek zmartwychwstania to nie radosne „Alleluja” wyskakujące zza każdego krzaka… Że jest wiele obaw. Wiele myśli.

On zmartwychwstał. Ta wieść dociera bardzo powoli do głowy, która wciąż pamięta o kaźni. Równie wolno dociera do serca, które najpierw nie dowierzało, a potem zaczęło godzić się z rzeczywistością. Myśli mówiły: „to koniec”. Czas wrócić do łowienia ryb.

A jednak to Bóg, a nie śmierć, mówi ostatnie słowo…

***

Jak mam podsumować swoje dorosłe życie?

Dziesięć długich lat zmagań o zdrowie by zobaczyć, że to nie zdrowie jest najważniejsze. Dziesięć lat słuchania dobrych rad ludzi dookoła by zobaczyć, że ważniejsze jest złapać kontakt ze sobą. Dziesięć lat życia z różnymi przekonaniami i schematami by pod koniec zobaczyć, że są tylko wskazówkami. Niczym więcej. Wskazówkami, z których można korzystać, ale nie należy się do nich przywiązywać.

Ot, Boża rewolucja w życiu.

Nie raz myślałam, że to koniec. Nie raz było blisko, choć wielu moich znajomych nie dopuszczało tej myśli. A jednak po iluś hospitalizacjach, po latach brania leków, po wielu miesiącach ciężkiej psychologicznej i duchowej pracy widzę nadzieję. Odczuwam nadzieję. Żyję nadzieją.

Choć boję się powrotu do życia. Wciąż wydaje mi się, że nie umiem, że nie dam rady. Wciąż często czuję się bezradna.

Ale jest inaczej.

Umarło to, co było dla mnie nadzieją. Umarło to, w co wierzyłam, co w sobie pielęgnowałam. Od ponad roku próbuję wybierać to, do czego zaprasza mnie Bóg, a efekty przechodzą moje najśmielsze oczekiwania.

Potrzebuję jeszcze dużo czasu, by zdrowieć. By Bóg umocnił we mnie to, co nieśmiało wyłania się po tym czasie zmagań. Jeszcze dużo nauki przede mną.

***

Odpuściłam spotkania, choć szukam ludzkiej obecności. Ale takiej, która pozwala mi budować się na nowo, choć nie zawsze mam czas i siły, by spotkać się z tymi, z którymi chciałabym. Staram się przynajmniej na bieżąco odpowiadać na maile.

Szukam ciszy.

I walczę. Z własną głową, z przekonaniami, z wieloma innymi trudnościami które się pojawiają. Bo zasmakowałam w życiu. Nie chcę już wegetować w cieniu choroby i mam wreszcie środki, by wygrać tę wojnę.

Ale nie po mojemu.

***

Tak więc życzę Wam, mili moi, tego, byście też złapali życie. W tym czasie radości. Byście złapali głębię, sens, odkryli to, co daje wam życie.

Życzę Wam spotkania ze Zmartwychwstałym. Oraz tego, byście dali się Jemu przemieniać.

***

Nie wiem, ile jeszcze czasu mi to zajmie, ile jeszcze łez wyleję, ile razy będę się czuła źle, ile razy się poddam, ile razy będę chciała rzucić to wszystko w kąt. Na pewno nie raz. Ale teraz już mnie to nie rusza.

Widzę cel. Widzę, że zdrowieję. Widzę, że zaczynam być wolna.

Zaczynam dostrzegać, że jestem Bożym Dzieckiem. I zaczynam czuć, że mam godność. Po prostu. Że godność jest wpisana we mnie.

Że to, że ludzie są albo ich nie ma (albo nie umieją być i nie chcą się uczyć) nic nie zmienia.

Że rozłam w rodzinie, kolejne kryzysy nie definiują tego, kim jestem.

Że nieważne jest to, ile przeszłam, ważne jest to, że się podnoszę.

Praca jest albo jej nie ma, zdrowie jest albo go nie ma, siły są, często ich brakuje. To nie jest ważne.

Jeszcze nie wiem, co jest ważne. Odkrywam.

Wiem jedno.

Chcę tę drogę przejść z Bogiem.

16 kwietnia 2019

Wiele osób czeka na spotkanie ze mną. Maile – na napisanie. Różne mniej lub bardziej ważne sprawy dopominają się o załatwienie. Ot, codzienność.

A w tej codzienności – Wielki Tydzień. Czas podsumowań. Wielki Post był czasem łaski – czasem trudnym, zaskakującym, ale owocnym. Owocnym w burzenie schematów, w wywracaniu mojego myślenia do góry nogami.

Czasem bardzo boleśnie.

***

Spacer po jednej z górskich miejscowości w listopadzie 2013 roku. Pamiętam, jak spojrzałam na znak drogowy – zakaz wjazdu. Popatrzyłam na czerwony kolor i dotarło do mnie, że wywołuje on we mnie reakcję emocjonalną. Moja depresja wciąż miała się dobrze, ale w tamtym czasie zaczęłam wreszcie nie tylko widzieć kolory, ale je doświadczać.

Nie wiem, czy to wtedy, czy niedługo później, ale zaczęłam topnieć emocjonalnie. Przez – o ile dobrze pamiętam – ponad dwa lata nie czułam żadnych emocji poza złością. Przez krótki czas – w ogóle nie odczuwałam emocji. A wtedy, wraz z tym agresywnie czerwonym znakiem drogowym coś zaczęło zaskakiwać.

W kolejnych latach było wiele trudnych emocji, głównie smutku. Miałam wtedy nadzieję, że gdy wyjdę wreszcie na prostą, będę odczuwać niczym nie skrępowaną radość. To było wyznacznikiem tego, kiedy wyzdrowieję. Radość bez granic. Radość bez skazy.

I choć intelektualnie wiedziałam, że nie ma takiej możliwości, by odczuwać tylko dobre emocje, szukałam ich jako jedynych, które chcę odczuwać. Uciekałam od spraw trudnych, nie chcąc przeżywać w sobie znowu tego, co było moją codziennością tyle lat. Nie potrafiłam sobie poradzić z emocjami trudnymi.

***

Dzisiejszy dzień przejdzie do mojej osobistej historii jako dzień, gdy rzeczywiście dałam odpór zniechęceniom.

Przez wiele miesięcy walczyłam z lękiem, niepewnością, z umiejętnością planowania – z długą listą kompetencji które wydawały mi się niezbędne do życia i listą spraw, z którymi mierzyłam się, by móc współpracować z ludźmi. Uczyłam się swoich emocji i tego, kiedy występują w tym „nowym” kontekście, kiedy dobrze jest ich słuchać, kiedy należy przytulić siebie, a kiedy lepiej pewne odczucia czasowo zignorować, bo prowadzą donikąd.

Jedna z kwestii, nad którymi pracowałam, to moja niechęć do pracy. Przeszłam drogę od oswojenia i zapanowania nad pragnieniem perfekcjonizmu, poprzez oswajanie lęku przed oceną do sytuacji, gdy po prostu robię swoje na tyle, na ile mogę i jestem z tego nawet zadowolona. Wciąż jednak coś było nie tak. Nie chciałam trudu, nie chciałam pracy, czułam się przytłoczona ogromem zadań. Wiele spraw odsuwałam w czasie.

A dziś przeszłam tę granicę, za którą jestem w stanie zabrać się za jakieś zadania, choć mi się nie chce. Dla „większego dobra” zabrać się za coś, czego nie lubię, co jest dla mnie nudne, mało inspirujące etc. Jakby wreszcie zaskoczył mechanizm odroczonej gratyfikacji.

To oznacza, że wiem, że mogę sobie zaufać, że jak będę zmęczona to poszukam odpoczynku. To oznacza, że daję sobie prawo do odpoczynku i nie wyrzucam sobie drzemki czy chwil spędzonych na szydełkowaniu.

Rewolucja kopernikańska.

Nie pierwsza, która była moim udziałem i nie ostatnia, która mnie czeka. Ale równie ważna jak inne i równie satysfakcjonująca jak inne.

Choć okupiona śmiercią kolejnej cząstki mnie.

***

Ta duchowo – psychologiczna praca ma swoją cenę. Cenę codziennych zmagań. Cenę uważnego przyglądania się sobie, analizowania, przyjmowania siebie z miłością, ale i mówienia sobie niewygodnej prawdy.

Jest i inna cena, do której płacenia już się przyzwyczaiłam. To wykluczenie. Bycie poza głównym nurtem zdarzeń, które się dzieją w tych środowiskach, z których zrezygnowałam usuwając konto na facebooku. Nie, nie wiem, jakie memy pojawiają się teraz w DESW. I nie chcę wiedzieć. Nie mam na to czasu, składając okruchy życia.

To również cena niezrozumienia. Mimo uszu puszczam komentarze ludzi, którzy niekiedy przypominają mi, jak powinnam żyć ich zdaniem. Komentarze tych, którzy mieli plan idealny na moje życie – a ja jakoś nie chcę tego planu realizować. Bóg mnie wzywa, Bóg mnie przyciąga… Czy naprawdę chcę wracać do tego, co było?

Coraz bardziej umacniam się w przekonaniu, że nie.

Jest jeszcze ta cena najwyższa, na ten moment. Wyrzeczenie się własnych chęci – tych, które odciągają mnie od wierności Bogu, wierności sobie. Przychodzi coraz łatwiej. Z czasem idzie się przyzwyczaić. Do tego, że wybieram to, co wydaje się być słuszne na dany moment. Modlitwę zamiast serialu. Ale czasem serial zamiast pracy do wyniszczenia. Ciszę zamiast spotkań. Czasem Mszę zamiast snu, czasem sen zamiast Mszy.

***

Kiedyś z przerażeniem myślałam o wyrzeczeniach. Teraz pilnuję tylko, żeby były mądre. Nie ponad miarę. W takich sferach, gdzie są potrzebne, nie po to, by udowodnić sobie domniemaną wyższość nad innymi…

Jest inaczej. Nie wiem, do czego to codzienne umieranie prowadzi, ale jest inaczej.

Wolę tak, jak jest…